Wschód Daleki, Bliski i najbliższy

Wpisy

  • piątek, 18 marca 2016
    • Małpy okiem dyletanta

      Bardzo lubię małpy. Może dlatego, ze mają one trochę z człowieka, a trochę z kota, a koty uwielbiam. Moje przedmalezyjskie doświadczenia z małpami nie były najprzyjemniejsze, ale to dlatego, że spotykałam wcześniej głównie rozbestwione makaki, które ludzi się nie boją, a przyzwyczajone do dokarmiania przez człowieka robią się roszczeniowe i bezczelne. Choć przy tym są całkiem urokliwe. Przeważnie.

       

       

      Pierwszy raz małpy na wolności zobaczyłam na przedgórzu Himalajów. Jechałam zatłoczonym rzeżącym autobusem do Sikkimu. Cudo techniki dzielnie zdobywało wysokość, z jednej strony wijącej się drogi gdzieś tam głęboko była rzeka, a z drugiej zielona gęstwina z drzewami, których wysokość budziła we mnie czysty zachwyt, podobnie jak intensywność zieleni. Tak może się zachwycać tylko neofitka, która coś takiego widzi pierwszy raz w życiu. W przy tej leśnej głuszy brykały małpy. Wydało mi się to wtedy takie niezwykłe, że byłam bliska krzyczenia z radości. Jejku, małpy, prawdziwe wolne małpy! Dla człowieka, który te zwierzęta widywał tylko za kratkami, było to niebywałe.

       

       

      Potem rozkręciłam się podróżniczo i małpy widywałam całkiem często. Najwięcej chyba widziałam ich na Bali, gdzie okupowały świątynie Spacerując po nieturystycznych balijskich wsiach widziałam też małpy na łańcuchach i to był widok przygnębiający. Psy na łańcuchach  to barbarzyństwo, a co dopiero małpa.patrzyły się te zwierzęta takim smutnym wzrokiem, jeszcze smutniejszym niż te, które spędzają życie w zoo i niczego innego nie znają.

      Na Bali odwiedziłam też park narodowy, gdzie makaki radośnie brykały po drzewach. Jeden chciał mi zrobić psikusa i uciesze mojego przewodnika skoczył na mnie z gałęzi, ale zdążyłam się uchylić.

       

       

      Innym razem - na Lomboku - groźny samiec mnie zaatakował, gdy jego rodzina nie dostała ode mnie jeść. Nie wiem, jak skończyłaby się ta historia, gdyby nie interwencja dzielnego australijskiego macho, który nie takim groźnym stworzeniom jak makaki dawał radę.

       

       

       

      W Malezji jedyną moją przygodą było doświadczenia skoku makaka na moje plecy, o czym już pisałam, ale chłopak miał powody do skoku i poniekąd nawet mnie rozczulił swoją postawą prorodzinną. Inne małpy ograniczały się do prób kradzieży ludzkiego dobytku i pożywienia z kantyny. Poza tym obserwacje małp były czystą przyjemnością.

       

       

       

      Srebrzyste langury są bardzo łagodne. Mają włosy uczesane na irokeza i oczy jak paciorki. Trzymają się gromadami i spędzają czas na harcach po trawie albo śmiganiu z drzewa na drzewo, całymi obszernymi rodzinami, niespiesznie i podjadając po drodze liście.

       

       

       

      Ich ogony są imponujące długie. Zastanawiałam się, czy ich nie kusi, żeby się wzajemnie za te ogony ciągnąć, gdy tak luźno zwisają z gałęzi;) Ale nie. Moje koty by tak spokojnie obok ogonów kumpli nie usiedziały;)

       

       

      Langury w Parku Narodowym Bako chętnie przysiadały na ławce i zajmowały się konsumpcją, nic sobie nie robiąc z paparazzich.

       

       

       

       

      Nosacze też były wyluzowane i nic sobie nie robiły ze wścibskich ludzi, podglądających je przy kolacji.

       

       

       

       

       

      Niekiedy przyjmowały przy tym nader swobodne pozy.

       

       

      Wahałam się, czy to zdjęcie zamieścić. Ale nosacz to jednak zwierzę, nie człowiek. I majtek nie musi nosić. A to, co widać na zdjęciu, jest pewną osobliwością. Zwróćcie uwagę na kolorystykę.

       

       

      Innym razem spacerowałam po południu po plaży, aż nagle usłyszałam za sobą szelest i pojawiła się sympatyczna rodzinka langurów.

       

       

       

      Zastanawiacie się, o czym małpy ze sobą rozmawiają? Czasem uruchamia mi się wyobraźnia. Na przykład na zdjęciu poniżej mama ochrzania nastolatka, a znudzony ojciec nie wytrzymuje zrzędzenia i odchodzi;)

       

       

      A tak wyglądało doglądanie malucha:

       

       

      Ten chyba usłyszał od mamy kazanie:

       

       

      Małpy spotkałam też na Tiomanie. Makaki były ta wszędzie, ale o dziwo, zachowywały się jak na siebie bardzo taktownie. Owszem, zaglądały ludziom do domów, ale nie w celach rabunkowych. Robiły to zresztą z pewną taką nieśmiałością.

       

       

      Odważniej radziły sobie na budowie, ale może to dlatego, że pełniły tam funkcję nadzorców?

       

       

      Ale obiad jadły usadowione na najwygodniejszych miejscach.

       

       

      A teraz mnie kuszą prawdziwe obserwacje małp. I to będzie pomysł na którąś z następnych podróży:)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Małpy okiem dyletanta”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      reska
      Czas publikacji:
      piątek, 18 marca 2016 00:02
  • niedziela, 13 marca 2016
    • Kawałek Chin na Borneo

      Kolejne podróże do Azji przyzwyczajają człowieka do brudu i uodparniają na specyficzną mieszankę zapachową. Odkryty rynsztok przy ulicy? Trzeba uważać, żeby nie wpaść. Szczury pod nogami? Trzeba pilnować, żeby nie nadepnąć. Śmieci na ulicy? Można ominąć. Czasami jednak się ulewa. Mi dopiekło borneańskie Sibu, które pewnie wcale nie jest jakoś specjalnie brzydkie i brudne na tle innych azjatyckich miast, ale całokształt wrażeń sprawił, że po kilku godzinach spędzonych tam zmieniłam plany i zamiast płynąć w głąb Borneo, kupiłam bilet na samolot i uciekłam na Tioman.

       

       

      Najpierw był wodolot z Kuczingu do Sibu. Cieszyłam się na niego, bo lubię przemieszczać się wodą. Na przystań wpadłam w ostatniej chwili i bardzo się ucieszyłam, że wodolot płynie, co wcale nie było takie oczywiste. Z powodu monsunu w porze deszczowej rejsy bywają odwoływane. Za moment przekonałam się dlaczego.

      Ludzi pod pokładem nie było zbyt wielu. Z obcokrajowców oprócz mnie tylko Brytyjczyk w typie kolonialnym. Rozłożyłam się wygodnie, wyjęłam lekturę z plecaka myśląc naiwnie, że sobie poczytam w przerwie od oglądania widoków.

      Wyruszyliśmy.

      Po kilku minutach wiedziałam już, że z czytania nici. Z podziwiania widoków również. Brzegu nie było widać. W jednym oknie żółta woda, w drugi oknie ołowiane niebo. Za moment odwrotnie. A przede mną krwawy horror w telewizorze.

      Rzucało potwornie. Zamknęłam oczy i wsadziłam głowę w plecak. Wdech - wdech. Wdech - wydech. Kątem oka dostrzegłam, że nie jestem odosobniona w takim przeżywaniu podróży. Kilka siedzeń przede mną zielonkawy na obliczu Brytyjczyk w podobny sposób radził sobie z huśtawką fal.

       

       

      Poprawiło się, gdy w płynęliśmy na rzekę Redżang, ale i tak podróż trwała 6 godzin zamiast 4. Na brzeg wyszłam żółtozielona i ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę, było płynięcie dalej, ostatnią łodzią tego dnia, do Kapit.

      W porcie w Sibu dużo się działo. Podobnie jak na rzece. Lasy równikowe przetworzone na drewno spływały w stronę Morza Południowochińskiego, robiąc miejsce palmom olejowym. Dużo tego płynęło.

       

       

      Miasta portowe są do siebie podobne. Brudne nadbrzeża, bałagan i prostytucja. Okolice portu w Sibu niczym szczególnym się tu nie wyróżniały. Podeszłam kawałek w stronę centrum i znalazłam niedrogi hotel, jak się w nocy okazało - o dwojakim przeznaczeniu. Sądząc po odgłosach w nocy, przybytek ten cieszył się większą popularnością jako burdel niż jako hotel.

       

       

      Miasto jest zdominowane przez Chińczyków i charakter ma zdecydowanie chiński, o ile może to stwierdzić człowiek, który nigdy nie był w Chinach. W każdym razie ja tak właśnie sobie Chiny wyobrażam: z czerwonymi lampionami, chińskim popem i pluciem na ulicę.

      Większość mieszkańców Sibu to potomkowie migrantów chińskich, którzy przybyli na Borneo 100 lat temu. Przyjechali handlować drewnem i tu osiedli.

       

       

      Centrum jest malownicze. Kolonialne budynki, trawniki, po których śmigają koty, sympatyczne knajpki. Kawałek dalej nowoczesne apartamentowce i zadbane świątynie różnych wyznań oraz wielopiętrowe centrum handlowe. 

      Między kościołem a apartamentowcem moją uwagę przyciągnęły dzikie krzyki. To ojciec ciągnął kilkulatka, tłukąc go co chwila, a dziecko darło się jak obdzierane ze skóry i broniło całym sobą przed pójściem do domu. Pomyślałam sobie, że w domu pewnie dopiero go czeka... Nie zrobiłam nic i do tej pory zastanawiam się, czy to dobrze i jak mogłam zareagować w obcym kraju, obcej kulturze i obcym języku, bo angielskim mało kto się w tym mieście posługiwał.

       

       

      Miedzy eleganckim centrum a pomarańczowo-żółto-burą pełną śmieci rzeką rozciągała się dzielnica portowo-handlowa. I tu był taki syf, że miałam  silny odruch ucieczki. Dziury w murach, domach i ulicach było mnóstwo, a w każdej walały się śmieci. Ze stoisk spożywczych dolatywał zapach padliny i kiszonki, a z każdego kąta aromat ogólnego rozkładu. Coś się we mnie w środku zbuntowało i nie miałam ochoty wyciągnąć aparat, żeby uwieczniać to, co chciałam zapomnieć

       

       

      Ulicami pędziły samochody, a pomiędzy nimi, biegnąc od śmietnika do śmietnika przemykały chude kociska. Młoda bura kotka łaziła pod samochodami i pomyślałam, że pewnie długo nie pożyje. Godzinę później zobaczyłam ją, jak martwa leży przy jednym z samochodów.

       

       

      Co jakiś czas do Sibu wkracza wielka woda - rzeka Redżang wylewa. W pobliżu portu zaznaczone jest miejsce, gdzie doszła woda w największej powodzi. Trudno mi wyobrazić sobie,jaką katastrofa jest dla ludzi opuszczenia koryt przez paskudną, zaśmieconą, gęstą ciecz o nieokreślonym kolorze, zależnym od padającego światła.

       

       

      Jest jedno miejsce, z którego i rzeka, i miasto wygląda malowniczo. To chińska świątynia na brzegu. To bardzo sympatyczne miejsce przy tym, jak to świątynie buddyjskie. Tu przybysz nie jest intruzem, ale gościem.

       

       

       

      Chciałam wejść na górę, żeby odpocząć i popatrzeć na miasto. Pech chciał, że trafiłam na remont i kartkę z informacją, że turyści proszeni są przyjście innym razem. Tymczasem jakiś pan na widok mojej zawiedzionej miny zaprosił mnie do środka. Posiedzieć pomiędzy robotnikami i wiadrami z farbą raczej się nie dało, ale mogłam przynajmniej z góry zobaczyć miasto i rzekę. Z dystansu wszystko wygląda ładniej. nie widać śmieci, nie czuć kiszonki. Z jednej strony szerokie wody Redżangu, po których suną statki, z drugiej nowoczesne miasto.

       

       

      Gdy tak siedziałam na górze świątyni i patrzyłam na statki, trochę zrobiło mi się żal, że uciekam z Borneo. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, ze lot samolotem w czasie monsunu bywa równie przyjemny, jak pływanie wodolotem;) Ale kolejnych paru dni na wodzie jakoś sobie nie wyobrażałam, choć o tej porze roku przynajmniej wody jest pod dostatkiem, żeby płynąć do centrum wyspy. Tyle, że w Sibu pozbyłam się złudzeń co do tego, że w ciągu kilku dni zobaczę dzikie Borneo. Na to potrzeba więcej czasu i więcej pieniędzy. Dopłynięcie do Kapit, czy dalej, do Belugi, umożliwiłoby mi najwyżej turystyczne obskoczenie paru długich domów. Wybrałam byczenie się na Tioman.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      reska
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 marca 2016 22:53
  • czwartek, 10 marca 2016
    • Uparła się, żeby przeżyć

      Było to w Kalkucie w 1996 roku. Niemowlę miało na sobie jedynie kawałek pozwijanej kolorowej szmatki. Leżało na materacu ze skaju koło większego od siebie, ohydnego starego pluszowego misia. Było wychudzone, z wielką raną na twarzy, cystami pod oczami, bąblami na nogach i strupami na całym ciele. Płakało z głodu.


      - Tak poznałam Scholę. Obie byłyśmy wtedy niewidome – opowiada Wanda Wajda, energiczna pięćdziesięciolatka w grubych okularach. - Pracowałam w Indiach jako wolontariuszka, gdy na mojej drodze stanęło maleńkie, niepełnosprawne i schorowane dziecko. Zaczęło się nasze wspólne życie.

       

       

      Schola razem z szóstką innych niewidomych dzieci pojechała z Wandą i trzema siostrami ze zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża z Kalkuty do Bangalore, gdzie zakonnice prowadziły szkołę z internatem dla dzieci niewidomych.

       

      Początkowo wydawało się, że maleńka Schola nie ma szans na przeżycie. Wymęczony, schorowany maluszek miał ogromną wolę przetrwania, poczynając od samego urodzenia: Schola urodziła się jako wcześniak i została porzucona na śmietniku. Gdy została znaleziona, ważyła niespełna kilogram i pozostaje tajemnicą, jakim cudem udało jej się przetrwać w brudzie i gorącu, gdzie bakterie namnażają się zastraszającym tempie. Siostry od Matki Teresy z Kalkuty zabrały niemowlę tylko po to, żeby nie umarło na śmietniku. Schola się uparła i nie umarła, mimo że teoretycznie powinna to zrobić. Była karmiona butelką z mlekiem, a nie była w stanie jeść z butelki, gdyż nie miała odruchu ssania. Do tego była uczulona na mleko. Nie widziała, z uszu leciała jej ropa, skóra była pokryta ranami i bąblami, słabo przybierała na wadze i miała biegunkę.

       


       

      Po przyjeździe do Bangalore okazało się na dodatek, że cierpi na zachłystowe zapalenie płuc i zapalenie ucha środkowego. Lekarz dał jej nie więcej niż tydzień życia i poradził, żeby ktoś objął dziecko indywidualną opieką. Zdecydowała się Wanda.

       

      Mimo nieciekawych prognoz Schola przeżyła tydzień, a potem kolejny i jeszcze kolejny. Nie zamierzała umierać, a Wanda coraz bardziej przywiązywała się do cierpiącego i bezradnego dziecka, aż przestała sobie wyobrażać życie bez niego. Postanowiła adoptować Scholę.

       

       

      Droga do adopcji była długa i wyboista, ale zakończyła się sukcesem. Dziś Scholastyka ma 20 lat. Nie widzi, ma niedosłuch, prawie wcale nie mówi, a autyzm i nękają ją różne alergie. Ze względu na niepełnosprawność i częste choroby wymaga ciągle pomocy lekarskiej i rehabilitacji, takiej jak logopedia, integracja sensoryczna, hipoterapia, basen. Jej szansą rozwoju jest ciągła stymulacja. Na to wszystko potrzebne są pieniądze. Wanda pracuje zawodowo, mimo że sama prawie nie widzi. Jej dochody nie pozwalają jednak na pokrycie wszystkich kosztów rehabilitacji Scholi.

       

      Jeżeli nie wiecie, na co przekazać 1% Waszego podatku, przekażcie na Scholę. Gwarantuję, że pieniądze te będą bardzo dobrze wydane.

      Schola należy do Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko” (Nr KRS Fundacji 0000174486). W rubryce UWAGI należy dopisać: "Anna Scholastyka Wajda". Fundacja ta znajduje się w rejestrze podmiotów Organizacji Pożytku Publicznego (Ministerstwo Sprawiedliwości – Krajowy Rejestr Sądowy).

      Niezależnie od 1% wpłaty można też kierować na konto fundacji.

      Fundacja Anny Dymnej „Mimo Wszystko”
      ul. Profesora Stefana Myczkowskiego 4, 30-198 Kraków
      nr konta:
      65 1090 1665 0000 0001 0373 7343
      tytułem:
      Anna Scholastyka Wajda

       

       

      Więcej informacji można znaleźć na stronie http://www.pomagamyscholi.pl/

      A jeszcze więcej o Wandzie i Scholi będzie w książce, którą razem z Wandą kończę pisać i którą, mam nadzieję, że jeszcze w tym roku będziecie mogli przeczytać.


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      reska
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 marca 2016 22:43
  • czwartek, 03 marca 2016
    • W małpim raju

       

      Świszcząca, szeleszcząca i rozśpiewana dżungla, muzyka cykad, deszcz o intensywności potopu uderzający nocą o blaszany dach, nosacze śmigające po drzewach o poranku, srebrzyste langury bawiące się na trawie i makaki kradnące słodycze z kantyny, świnie brodate leniwie ryjące w błocie, komary i inne insekty tnące bezlitośnie osłonięte i nieosłonięte kawałki ciała, krokodyle odwiedzające plaże. Park Narodowy Bako to miejsce, gdzie człowiek czuje, że jest częścią natury.

       

       

       

      Do Bako, który jet najstarszym parkiem narodowym na Borneo, można wyskoczyć na parę godzin z Kuczingu, ale można tu też przenocować. Do dyspozycji są drewniane domki o różnym standardzie. Noclegi trzeba rezerwować z wyprzedzeniem, i to najlepiej parotygodniowym. Trzy tygodnie przed przyjazdem chciałam zabukować dla siebie pokój w domku, ale już nie było miejsc i pozostało mi dormitorium.

       

      Żeby dostać się do Bako, trzeba w Kuczingu wsiąść do autobusu, który po godzinie dowozi do przystani. Tam załatwia się formalności, czyli opłaca pobyt i wypełnia liczne kwity, po czym wsiada się do łódki, zakłada kapok i płynie.

       

       

      Płynęłam z grupką osób, które wyskoczyły na przejażdżkę i z łódki chciały obejrzeć kilka atrakcji. W pewnym momencie łódka zatrzymała się kilkadziesiąt metrów od brzegu i sternik kazał mi wysiadać. Woda mętna, nie widać, jak tu jest głęboko, do tego wysiadać miałam tylko ja. Trochę mnie to zaniepokoiło: tak po prostu ma wskoczyć  w ubraniu i z plecakiem do morza? Ale innej opcji nie było. Na szczęście orze okazało się płytkie.

      A dookoła było pięknie. Z jednej strony pomarańczowe klify porośnięte gęstą roślinności, z drugiej kikuty drzew wystające z wody.

       

       

       

      A przede mną siedziba parku i uczciwe ostrzeżenie, co człowieka tam może spotkać:

       

       

       

      Przed budynkiem czekał jednoosobowy komitet powitalny w postaci sympatycznej świni brodatej.

       

       

      Zameldowałam się, wzięłam klucze i udałam na poszukiwania hostelu. Znalazłam:)

       

       

      W czteroosobowym dormitorium byłam sama, po sąsiedzku też miałam pojedynczych turystów. Atmosfera jednak była nie jak w hostelu, ale jak na rekolekcjach w zakonie. Kontakty ograniczone były do powitania i niezbędnych pytań;) Każdy chciał być sam na sam z przyrodą, cieszyć się ciszą i indywidualnie chodzić na łowy z aparatem.

      Pomyślałam, że tłumaczenie "Wildlife Sanctuary" jako "sanktuarium" nie do końca jest błędne. Wprawdzie Bako nie ma tego statusu, ale miejsca, gdzie natura jest nieskażona, mają w sobie coś ze świątyni. Tutaj ludzie w sposób naturalny milkną i popadają w nastrój kontemplacyjny. Zmienia się percepcja i rzeczy się przewartościowują.

       

       

       

      Bako idealnie się nadaje do samotnych (ewentualnie dwuosobowych) kontemplacyjno-fotograficznych wycieczek i nie ja jedna wpadłam na taki pomysł. Są tutaj dobrze oznakowane szlaki turystyczne o różnym stopniu trudności, a przed wyjściem na szlak trzeba się wpisać do książki wyjść z podaniem szlaku oraz godzony wyjścia, a po powrocie trzeba odnotować koniec wycieczki.

       

       

      Oddalenie parku od siedzib ludzkich i to, że można tu się dostać tylko łódką, daje poczucie bezpieczeństwa, jeśli chodzi o zagrożenia ze strony człowieka. Nawet rzeczy specjalnie nie trzeba tu pilnować, chyba że przed małpami. Ostatnia łódka odpływa z Bako ok. godz. 16-17, zostają tu wtedy tylko osoby, które tu nocują, a wtedy robi się cicho i spokojnie i uaktywniają się małpy.

       

       

      Na dzień dobry każdy turysta dostaje mapkę i garść porad. Na mapach oznaczone są czasy przejścia i liczba kilometrów. W pierwszej chwili wygląda to mało ambitnie, np. 3,5 godziny i 6 km. Przecież sprawnej osobie przejście 6 kilometrów zajmuje niewiele ponad godzinę. Dżungla szybko uczy pokory. Tak wyglądały ścieżki:

       

       

          

       

       

       

      A tak ja po krótkim spacerku:

       

       

      Nie, nie było deszczu ani nie wyszłam prosto spod prysznica;)

      Była pora deszczowa i chociaż deszcz lał tylko nocami, to w dzień wilgotność sięgała blisko 100%. Do tego banalna sprawa: dżungla jest gęsta. Tam się po prostu ciężko oddycha i człowiek się szybciej męczy. Niektóre szlaki były dość mocno pod górkę, po oślizgłych i omszałych podestach, schodkach, korzeniach, kamieniach czy gałęziach.

      Teoretycznie w dżungli nie powinno się niczego dotykać, ale w praktyce się nie da, gdyż często idzie się z użyciem wszystkich czterech kończyn. Warto tylko patrzeć, za co człowiek chce się złapać, żeby nie wsadzić ręki w sznur mrówek czy w dorodną gąsienicę.

       

       

      Oczywiście w dżungli są też groźniejsze zwierzęta, ale wcale nie tak łatwo mieć z nimi bliski kontakt. W Malezji żyją cztery gatunki groźnych węzy i zapewne w Bako jakieś są, ale węże dobrze wiedzą, co może je spotkać ze strony człowieka i unikają konfrontacji. Gdy słyszą kroki, uciekają w gęstwinę. Są tam też krokodyle i to o dziwo trzeba na nie uważać głownie w morzu. W siedzibie parku wisiały ostrzeżenia przed kąpielami morskimi. Na przykład na plaży na zdjęciu poniżej bywają krokodyle, ale podejrzewam, że sterta śmieci świadczy o obecności tam zgoła innego gatunku.

       

       

      W Bako trudno się poczuć prawdziwym traperem czy odkrywcą i jeśli ktoś chce się poczuć dzielnym pogromcą lasu deszczowego, to powinien poszukać obie innego miejsca. Wprawdzie szlaki nie zawsze są łatwe, momentami przypominają rzekę, są też miejsca bardzo śliskie, ale głównym niebezpieczeństwem jest możliwość skręcenia nogi. Z tego powodu poruszałam się ostrożnie, tym bardziej, że w dżungli telefon nie miał zasięgu, a na niektórych szlakach spotykałam zaledwie parę osób. Albo i nikogo.

       

      Na trasach co chwila znajdują się informacje o odległości od siedziby parku, dzięki czemu można dobrze zaplanować trasę. No i szlaki oznakowane są perfekcyjnie:

       

       

      Snułam się po nich w żółwim tempie, bo nijak nie dałam rady przemieszczać iść dynamicznie. Szczególnie droga pod górkę była męcząca. Sapałam, zatrzymywałam się co chwila, łapałam oddech i wycierałam się, a słupki bezlitośnie pokazywały, że w kwadrans przeszłam 200 metrów. Myślałam, że to przez bronchit, ale chyba tam tak po prostu jest, bo i tak wyprzedzałam innych turystów i szłam o jakieś 20-30% szybciej niż przewidywane czasy na mapkach.

       

       

       

      Jedynym napastliwym zwierzęciem, które spotkałam w dżungli - oprócz komarów - był pewien makak pilnujący dam swojego serca i potomstwa. Chciałam przejść przez mostek, na którym akurat ulokowały się dwie małpie samice (makaczki?) z niemowlętami. Pociesznie to wyglądało - jakby chciały przewinąć maluchy, tylko nie miały pieluszek. Przed mostkiem brykała małpia młodzież, która przyglądała mi się ciekawie oraz spacerował dorodny samiec, który co chwila łypał na mnie kontrolnie.

      Zatrzymałam się, nie bardzo wiedząc, czy mogę iść dalej, ale w końcu doszłam do wniosku, że makaki są małe i przyzwyczajone do ludzi, więc nie powinny być niebezpieczne. A czekać przed mostkiem mogę długo, nie mając gwarancji, że małpy sobie pójdą. Jak na złość ludzi nie było, po jakimś czasie po przeciwnej stronie mostka pojawiła się dziewczyna, która była zbyt przestraszona, żeby zrobić krok do przodu.

      Więc ja się odważyłam.

      Weszłam na mostek.

      I w jednej chwili zobaczyłam przerażony wyraz twarzy dziewczyny, a ułamek sekundy później poczułam na plecach makaka.

      W takiej sytuacji powinno się zachować spokój i iść dalej jak gdyby nic się nie stało, ale nie zachowałam zimnej krwi i odruchowo krzyknęłam, a makak zeskoczył. Właściwie to nawet było przyjemnie mieć małpę na plecach, ale bałam się, że to stworzenie wbije zęby w moje ramię. Odwróciłam się więc uprzejmie przodem do samca, powiedziałam mu, że nie zamierzam skrzywdzić jego rodziny i tyłem poszłam do przodu;) Ten typ mnie w sumie ujął, miło z jego strony, że dba o najbliższych, a człowiekowi ufać zanadto nie można.

       

       

      Makaki to małpy, które najmniej się boją człowieka, ale też są one najpospolitsze i wcześniej wielokrotnie miałam z nimi kontakt. Nie dla nic więc przyjechałam do Bako. Teraz chciałam zobaczyć nosacze, które występują tylko na Borneo.

      Pierwszego dnia dostrzegłam je w oddali, gdy buszowały w dżungli w koronach drzew. A potem nic, mimo że łaziłam w miejscach, w których one lubią bywać. I gdy już pogodziłam się z tym, że obejdę się smakiem, na drzewie nad sobą zobaczyłam brzuchatego kolesia wcinającego liście.

       

       

       

      Samce łatwo z daleka odróżnić od samic, gdyż mają wielgaśne nosy w kształcie ogórków. Inną część ciała też mają charakterystyczną ze względu na czerwono-czarne, intensywne ubarwienie, ale to widać dopiero z bliska. Figury mają dość pocieszne, takie pękate brzuszki na cienkich nogach z chwytnymi stopami, ale wyraz twarzy mają bardzo ludzki.

       

       

      Podobno nochal przysparza nosaczom kłopoty. W czasie, gdy stary samiec się bzyka, małpia młodzież chętnie pociąga go za nos. Niestety, wiem to tylko z lektury, nie miałam okazji zaobserwować tego zjawiska.

      Nosacze nic sobie nie robiły z obecności paparazzich i pałaszowały liście.

      A tak wygląda pani nosaczowa:

       

       

      Nosacze miewają haremy, ale ten, którego poznałam, mimo ogromnego nosa prowadzał się tylko z jedną damą.

       

      O ile nosacze nie rozpieszczały turystów swoim towarzystwem, to srebrzyste langury często brykały przy kantynie oraz na plaży. Na głównej plaży był ruch, tu dopływały łódki, więc nie trzeba się było obawiać krokodyli, które preferują bardziej dyskretne miejsca.

       

       

      Langury mają na głowach charakterystyczne irokezy, z daleka ich sylwetki przypominają mnichów. A z bliska widać bogatą mimikę. Stwory te w ogóle nie boja się człowieka, ale też nie płatają mu figli. Siadałam na plaży, a obok mnie rozlokowywały się małpie rodziny i wzajemnie sobie nie wadziliśmy.

       

       

      Langury przemieszczały się gromadami, przeskakując z drzewa na drzewo i robiąc przy tym sporo hałasu. Co jakiś czas na trawniku i ławkach robiły sobie piknik.

       

       

      Langury mają fascynujące długaśne ogony, które przeważnie im smętnie zwisają. Próbowałam zauważyć, jak pożytek mają z ogonów, ale nie był uprzejme tego zademonstrować.

       

       

      Niestety dopiero po powrocie z Borneo przeczytała "Uśmiech gekona" Doroty Sumińskiej, gdzie autorka dzieli się wiedzą, jak spoufalić się z lemurami.

       

       

      Plaża obfitowała też w małe żyjątka. Krabiki wychodzące z jamek tworzyły na piasku fantazyjne wzory:

       

       

       

      To była dziwna plaża, bo bez plażowiczów, mimo że tak malownicze plaże przeważnie są oblężone. Jeśli ktoś przybywa do parku narodowego, to raczej nie po to, by rozłożyć się na piasku. A ta plaża była wyjątkowo piękna i na dodatek było na niej słychać nie tylko fale, ale też muzykę dżungli, która wdarła się na klif.

       

       

      A to są skały:

       

       

       

       

       

      Ostatniego dnia siedziałam na plaży wśród langurów, słonce zachodziło i zrobiło się cudownie kiczowato.

       

       

       

      Żal było wracać do cywilizacji.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      reska
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 marca 2016 15:20
  • wtorek, 01 marca 2016
    • Książka o świecie, który znika

      Czy dobra książka musi być wciągająca? Niekoniecznie. Ostatnio przeczytałam "Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan" Dariusza Rosiaka i właściwie zmuszałam się do lektury ze względu na tematykę, która mnie interesuje oraz miejsca, które odwiedziłam. Ale po kilku dniach książka ciągle we mnie siedzi i wywołuje kolejne pytania, a to jest dużo ważniejsze, niż czytanie z wypiekami na twarzy.

       

       

      Autor odwiedził miejsca zamieszkane przez bliskowschodnich chrześcijan, poczynając od Szwecji, gdzie jest spore skupisko Asyryjczyków i pomijając Jordanię, właściwie nie wiem, dlaczego. Książka stanowi chronologiczny zapis podróży i przeprowadzonych rozmów. Widać, że autor dobrze się przygotował i sporo naczytał, ale nie siedzi  w tym temacie od lat. Bez większych błędów ogarnął temat soborów i licznych rozłamów w czasach wczesnochrześcijańskich, co nie jest proste. A tu jeszcze doszło odniesienie tego do teraźniejszości i nałożenie na to mapy obecnych konfliktów w regionie.

      Rozmów Rosiak przeprowadził sporo, głównie z kościelnymi vipami i generalnie duchowieństwem. Dla mnie najciekawsze były jednak rozmowy ze zwykłymi ludźmi, szczególnie z maronitką, która doświadczyła cudu autorstwa św. Szarbela oraz konwertytką z islamu na chrześcijaństwo. W książce wszystko odbywa się planowo. Autor jedzie na 3, 5 czy 7 dni do jakiegoś kraju i wypełnia gęsto kalendarz spotkaniami. W tym wszystkim zabrakło miejsca na to, co się przytrafia, na niespodziewane rozmowy, niespiesznie wypitą herbatę u kogoś, kto spontanicznie na nią zaprosił. Uderzyło mnie to, ze autor odmówił gościny u kobiety w obozie dla uchodźców argumentując, że w każdym obozie jest to samo, a chwilę później dziwił się, że w obozie nie ma kobiet i mężczyzn pytał o przyczyny.

       

      Książkę czyta się ciężko. Jest nafaszerowana informacjami, niektóre rozmowy przypominają odpytywanie i kończą się wtedy, gdy dochodzą do ciekawego punktu. Widać, że autorowi zabrakło czasu. Mimo tych niedostatków po zakończeni lektury wyłania się ciekawa mozaika bliskowschodnich chrześcijan i mimo tego, że źródłem wiedzy są sami chrześcijanie, nie jest to obraz polukrowany.

       

      Docierają do nas informacje o chrześcijanach mordowanych przez fanatyków islamskich i masowo uciekającymi przed Daesh, ale rzeczywistość nie jest czarno-biała. Oczywiście nikt nie kwestionuje tego, że chrześcijanie byli i są ofiarami. W 1915 r. zginęły ich setki tysięcy, teraz historia się powtarza, choć na mniejszą skalę. Rosiak przytacza liczby: udokumentowanych ofiar ISIS jest zaledwie 6-7 tys., tymczasem Asad, popierany przez lwią część syryjskich chrześcijan, jakieś 250 tys. ludzi. I nie można powiedzieć, że obecna wojna na Bliskim Wschodzie to konflikt chrześcijańsko-muzułmański.

       

       

      W książce jest więcej pytań niż odpowiedzi i to jest jej wielką wartością. Autor nie ocenia - i słusznie - ale ukazuje wybory i sytuacje niejednoznaczne moralnie. Jest antysemityzm, koniunkturalizm, popieranie zbrodniarzy. Z naszego bezpiecznego punktu widzenia wszystko wydaje się jasne i łatwe do osądzenia, ale bliskowschodnia rzeczywistość jest nieprawdopodobnie zagmatwana.

      Z europejskiego punktu widzenia na Bliskim Wschodzie mamy chrześcijan podobnych do nas w sposobie myślenia i odmiennych muzułmanów. Tymczasem nie jest to takie proste. My tutaj żyjemy  w społeczeństwie postreligijnym, dla ludzi tam - bez względu na to, czy są maronitami, szyitami, sunnitami czy Koptami, religia jest najważniejszą sferą życia i głównym punktem odniesienia i to świetnie w książce widać.

       

      Byłam na spotkaniu autorskim z Dariuszem Rosiakiem i wyraźnie się on odciął od wiązania jego książki z kryzysem uchodźczym, gdyż zaczął ją pisać w 2014 r., kiedy  - jak mówił - o uchodźcach jeszcze nikt nie słyszał. To, że o problemie nie trąbiły w Polsce wszystkie media nie oznacza, że go nie było i tak dobry dziennikarz jak Rosiak musiał wiedzieć o tym, co tam się dzieje, więc książka od politycznego kontekstu uchodźczego nie jest tak zupełnie oderwana. Natomiast widać wyraźnie, że nie jest pisana na zamówienie polityczne i w celu poparcia którejś opcji: za czy przeciw uchodźcom. Mimo tego -a może właśnie dlatego - stanowi ważny głos w dyskusji o pomocy uchodźcom oraz znakomicie pokazuje to, co tam się w tej chwili dzieje.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      reska
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 marca 2016 16:38
  • czwartek, 25 lutego 2016
    • Leśni ludzie

       

      Na świecie żyje jeszcze tylko około 20 000 orangutanów. Zanim poleciałam na Borneo, oglądałam zdjęcia stamtąd. I widziałam fotki ludzi ze ślicznymi małymi wielkookimi i brzuchatymi orangutankami. Takie rozczulające widoczki. W rzeczywistości tak ładnie to nie wygląda. Są miejsca, gdzie turysta może spoufalić się z orangutanem, ale pytanie brzmi: po co? Pewnie, że to jest wzruszające, ale miejsce małp jest w dżungli. I chciałam zobaczyć te zwierzęta tam, gdzie i jest najlepiej, rezygnując z bliskiego kontaktu ze zwierzętami.

       

       

      Semenggoh to rezerwat dla zwierząt, gdzie żyją zwierzęta, które zostały osierocone, wydarte handlarzom czy zostały znalezione ranne w lesie. Ciągle kwitnie proceder zabijania orangutanich matek po to, żeby wziąć w niewolę maluchy. A małpiątka są z mamami związane jeszcze bardziej niż ludzkie dzieci i zabicie matki powoduje u nich traumę do końca życia.

       

      W pierwszej kolejności zwierzęta po przejściach umieszczane są w centrum Matang kilkadziesiąt kilometrów od Semenggoh, gdzie przechodzą badania lekarskie i umieszczane są w klatkach. Następnie są uczone, jak przetrwać w naturalnym środowisku. Codziennie strażnicy zabierają je do odpowiednich miejsc w lesie, w którym uczą się wspinać się na drzewa, huśtać się na gałęziach i żywić na własną rękę. Po 2-4 latach leśni ludzie są w stanie radzić sobie sami i trafiają do Semenggoh, gdzie swobodnie biegają po dżungli i 2 razy dziennie, o 9 i o 15, mogą skorzystać  z oferowanego przez pracowników rezerwatu pożywienia.

       

       

      Pojechałam na poranne karmienie. Semenggoh jest oddalone od Kuczingu zaledwie o 24 km, ale korki są takie, że jedzie się około godziny. Albo i dłużej. Na miejscu kupuje się bilet i wyrusza asfaltową drogą do przodu. Nie wygląda to zachęcająco.

       

      Pogodę miałam taką sobie, ołowiane chmury wisiały nad dżunglą, a turyści grupkami zmierzali do miejsca, skąd wyruszają wycieczki na karmienie małp. Na miejscu wisiała kartka z wykresem, ile razy i gdzie widziano orangutany. I tu nastąpiło pierwsze rozczarowanie: w ciągu ostatniego  miesiąca przyszły na posiłek tylko 5 razy.

       

      Rangersi poczuli turystów o zasadach zachowania w lesie i zaprowadzili nas ścieżką do platform, gdzie nasi rudzi krewniacy jadają śniadania i obiady. Wołali do orangutanów, ale bez odzewu. Godzinę czekaliśmy na małpy, ale doczekaliśmy się jedynie komarów. Po godzinie koniec wycieczki, ścieżka została zagrodzona, a turyści mogą w ramach rekompensaty popatrzeć sobie na krokodyle.

       

       

      Cóż było robić? Trzeba było uszanować wolę orangutanów, które zorganizowały sobie śniadanie we własnym zakresie. Na tym polega urok takich miejsc, że zwierzęta są wolne i mogą, ale nie muszą pokazać się człowiekowi. 

      Pogodziłam się z myślą, że tym razem nie zobaczę orangutanów, ale kilka dni później niespodziewanie miałam wolnych  kilka godzin przed wyjazdem z tych stron i akurat wypadły one na popołudniową porę karmienia, więc powtórnie wybrałam się do Semenggoh.

      Ledwo przekroczyłam bramę, a pracownicy rezerwatu powiedzieli, że trzeba się pospieszyć, bo orangutany właśnie przyszły, niezależnie od pory karmienia, do której zostało jeszcze sporo czasu. Wszyscy turyści galopem ruszyli przed siebie. Okazało się, że małpy pojawiły się w innym miejscu, niż zwykle się je ogląda, za drewnianym domkiem należącym do służb parku. Siąpił deszcz, pogoda była zupełnie nie fotogeniczna, pod daszkiem z tyłu budynku kłębił się tłumek ze smartfonami i aparatami wycelowanymi w dżunglę, a pod drzewami stali rangersi i kusili orangutany smakołykami.

       

       

      Wreszcie wśród gałęzi pojawił się pierwszy rudy gość i zwinnie przeskakując z drzewa na drzewo, nic sobie nie robiąc z widowni, przedostał się w stronę jedzenia.

       

       

      Smakołyki kusiły:

       

       

      Chwilę później pojawił się drugi orangutan i wyciągnął brązową łapę po owoce. Pierwszy za to chwycił butelkę i pomknął z nią w korony drzew.

       

       

      Drzewa w dżungli są gigantyczne i sprawność orangutanów robi wrażenie.

       

       

      Tymczasem okazało się, że w tradycyjnym miejscu karmienia kilkaset metrów dalej też pojawili się leśni ludzie. Jeden śmigał górą. Rangersi radzili uważać na niego, bo ponoć ma zwyczaj podlewać czasem z góry widownię. Tym razem zlitował się nad wścibskimi ludźmi.

       

      Nie wiadomo, jak długo żyją orangutany na wolności, ale prawdopodobnie krócej niż w niewoli, gdzie niektórym osobnikom udaje się dożyć 50 lat. W Semenggoh najstarszym orangutanem jest Ritchie, urodzony w 1981 r. To dominujący samiec, "Big Boss" wszystkich rudzielców z okolicy, choć ostatnio jego pozycja jest zagrożona przez jednego z konkurentów, który ośmielił się spuścić manto seniorowi.

      Kiedy dotarłam na miejsce, moim oczom ukazała się góra skołtunionego futra, w którą wycelowane było jakieś 20 obiektywów ludzi, oddzielonych od futrzaka taśmą. Ritchie kompletnie się tym nie przejmował i siedział tyłem do nas.

       

       

      W końcu Ritchie łaskawie się odwrócił, pokazując uśmiechnięte oblicze.

       

       

      A po chwili dostojnie odmaszerował w głąb dżungli.

       

       

      Na miejscu zostało jeszcze jego dwóch kumpli, którzy brykali na wysokościach.

      Tyle było udanej wycieczki, która miała miejsce tylko dlatego, że los orangutanów jest nieciekawy. Te sympatyczne spokojne zwierzęta, dochodzące rozmiarami do półtora metra, żyły sobie spokojnie w borneańskich i sumatrzańskich dżunglach, żywiąc się owocami i spacerując po lasach. Niestety lasy tropikalne za sprawą człowieka kurczą się w galopującym tempie, a sytuację pogorszyły jeszcze gigantyczne pożary kilka miesięcy temu. I orangutany mają coraz mniej miejsca do życia, a do tego, jak pisałam, kłusownicy wyłapują młode osobniki, mordując ich matki.

      Dzikie orangutany przeważnie żyją samotnie, choć młodzież czasem zbiera się w parach, a samice tworzą niewielkie grupki. Samotna egzystencja spowodowana jest tym, że łatwiej pojedynczemu osobnikowi znaleźć pożywienie, a jego rozmiary sprawiają, że nie jest zagrożony przez inne zwierzęta. Dokarmianie orangutanów w rezerwacie zmodyfikowało nieco ich naturalne zwyczaje i chętniej żyją w grupie, gdyż nie mają problemów ze zdobyciem jedzenia, dlatego można spotkać tu grupki tych łagodnych stworzeń, a nie tylko pojedyncze osobniki.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      reska
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 lutego 2016 16:05
  • poniedziałek, 22 lutego 2016
    • Kocie miasto bez kotów

       

      Borneo w mojej wyobraźni było dzikie, porośnięte dżunglą i do tego kojarzyło mi się z łowcami głów, o których słyszałam w dzieciństwie. Wiedziałam, że na ludzi od dawna się tu nie poluje, a dżungla w ogromnej mierze została zastąpiona przez plantacje palmy olejowej, ale wyobraźnia robi swoje;) W samolocie Air Asia dopłaciłam za miejsce przy oknie, żeby z góry podziwiać wodę wrzynającą się w zieleń wyspy licznymi rzekami i czatowałam z aparatem.

      Lecieliśmy w chmurach, a gdy zaczęliśmy zniżać się nad Borneo, przekonałam się na własne oczy, że Borneo, owszem, jest bardzo zielone, ale niekoniecznie tak dzikie, jak myślałam. W każdym razie tak z góry wyglądała zachodnia cześć malezyjskiego stanu Sarawak.

       

       

       

       

      "Kiedy szedłem po asfalcie do lotniskowych baraków, po raz pierwszy dopadł mnie tropikalny upał. Oplatał człowieka jak grube zwoje niewidzialnego węża, wyciskając z płuc chłodniejsze powietrze i pokrywając ciało warstwą lepkiego potu"- pisał kilkadziesiąt lat temu o lotnisku w Kuczingu Redmond O'Hanlon we "W sercu Borneo". Dziś lotnisko to jest większe niż nasze Okęcie. Taki sam jak przed laty jest natomiast tropikalny upał. W porze deszczowej wilgoć sięgała blisko 100 proc., a smartfon pokazywał, że odczuwalna temperatura wynosi 45 stopni Celsjusza.

       

       

      Ulokowałam się w sympatycznym hostelu GoRest, znajdującym się tuż obok największego w mieście pomnika kotów. Moje ulubione futrzaki mają w tym mieście jeszcze kilka pomników, a sama nazwa miasta podobno znaczy "Kot". Tyle, że więcej tu jest kotów na pomniku niż żywych okazów. Te widziałam tylko 2 i na zbyt wypasione nie wyglądały. Robert Shelford, kustosz Muzeum Sarawaku radży Brooke'a od 1897 do 1904 r. i światowy autorytet w dziedzinie karaluchów pisał, że borneański kot ma "wielkie uszy i tułów tak krótki, a tylne nogi tak długie, że brak u tej drapieżnej gracji, która wykazuje nawet najbardziej nierasowa, stara angielska kocica. Ogon jest bądź absurdalnie skręconym węzłem, bądź jest bardzo krótki i kończy się zgrubieniem; to zawęźlenie ogona powstaje wskutek naturalnego przemieszczenia kręgów w stosie pacierzowym, które łączą się z sobą pod najróżniejszymi kątami". Coś jest na rzeczy;)

       

       

       

       

      Miasto leży na brzegu rzeki Sarawak i nadbrzeże jest jego najprzyjemniejszą częścią, mimo że czystość rzeki pozostawia wiele do życzenia. Nad rzeką czuje się przestrzeń, co kontrastuje z wąskimi uliczkami starej części miasta.

       

       

      Ledwie wypuściłam się na miasto, natknęłam się na osobliwego Rosjanina o imieniu Leo, który od kilku miesięcy włóczył się po Azji, a skutkiem tej włóczęgi było to, że zamiast czystym rosyjskim, mówił dziwną mieszaniną rosyjsko-angielską, gdyż jak twierdził, wiele zwrotów w ojczystym języku zapomniał. Jako że będąc w stanie niewyspania i jetlagu nie wiedzieć czemu wolałam mówić po rosyjsku niż po angielsku, to katowałam nieszczęśnika rozmową w jego własnym języku. Leo przybył właśnie z Bali, gdzie czarownicy uczyli go kontaktu z duchami, które ponoć w okolicy równika są wyjątkowo aktywne. Objawiają się w ten sposób, że wszystko, na co patrzymy, zaczyna przypominać twarze. I Leo pokazał mi swoim aparacie zdjęcia tych rzekomych twarzy, czyli kamieni, liści i murów. Muszę spytać jakiegoś psychiatry, jakie zaburzenie się w ten sposób objawia. Kontakty z duchami sprawiły, że Leo dysponował energią, która dużo mówiła mu o ludziach, z którymi rozmawia. I tak orzekł, że w Polsce jestem uzależnionym od kawy i czekolady pracownikiem korpo, nie umiejącym się cieszyć z sukcesów przyjaciół. Trafił jak kulą w płot, bo jestem freelancerem, kawy nie pijam, czekoladę jadam rzadko i nie zauważyłam u siebie przejawów zawiści, zwłaszcza wobec bliskich osób. Natomiast nie jestem pewna, czy nie przekazał mi zamiast energii wirusów, gdyż po paru godzinach zaległam z gorączką i kaszlem i do końca podróży walczyłam z zapaleniem oskrzeli.

       

       

      Centrum Kuczingu jest wyjątkowo spokojne jak na miasto azjatyckie. Znajduje się tu parę zabytków, raczej poślednich i kilka muzeów, które pominęłam. W sympatycznej kolorowej chińskiej dzielnicy kwitnie handel i usługi. Jest tu swojsko i czysto. To chyba najprzyjemniejsza i najładniejsza dzielnica. Za nią z jednej strony rozciąga się nieco zaniedbana handlowa malajska część miasta, gdzie obok tradycyjnego targu znajduje się wielkie i nowoczesne centrum handlowe. Z drugiej strony Chinatown znajdują się nowoczesne wypasione hotele i biurowce. Próbowałam znaleźć informację turystyczna, której nie było w miejscu wskazanym na mapie. Nic z tego. Pytałam jednej osoby za drugą, wszyscy wzruszali ramionami. Policjant też nie wiedział i skierował mnie do informacji z centrum handlowym, a tam miła dziewczyna powiedziała mi, że informacja została przeniesiona z budynku starego sądu do nowego biurowca obok mojego hostelu, takiego biurowca - dumy mieszkańców. Poszłam tam, tym bardziej, że miała ta być przychodnia lekarska, ale przychodnia była zamknięta, a informacji nie było. Zadowoliłam się znajdującym się na nadbrzeżu punktem informacyjnym o walorach stanu Sarawak.

       

       

      Kuczing jakkolwiek jest całkiem przyjemnym miastem, nie jest wart tego, żeby jechać do niego prze pół świata. Jest on za to świetnym punktem wypadowym do parków narodowych i rezerwatów, które znajdują się w pobliżu. Zalęgłam się w mieście dłużej niż planowałam tylko dlatego, że zaszwankowały mi drogi oddechowe, a po zjedzeniu obiadu w dobrej knajpie zatrułam się - pierwszy raz w życiu podczas podróży po Azji. Znajoma lekarka pracująca w Indiach mówiła, że w Azji lepiej jadać w tańszych miejscach, gdzie nie ma zamrażarek, bo wtedy uniknie się jedzenia wielokrotnie zamrażanych potraw. Zwykle się stosuję do tej rady, ale tym razem trafiłam w miejsce, gdzie jedyny lokal był z tych droższych (czyli obiad w okolicach 20 zł), a że czułam się marnie, to odstąpiłam od swoich zasad. I dostałam do wiwatu.

       

       

      Ledwie żywa dowlokłam się do hostelu, a wtedy padł prąd. Chyba w całym mieście, bo za oknem też straszyły ciemności, nawet sygnalizatory na ulicach nie działały. To, że było ciemno i nie działało wifi, to był najmniejszy problem. Ale padła też klima, a z kranu przestała lecieć woda. Oblepiona tropikalną wilgocią i brudem miejskim zwinęłam się z obolała na łóżku i czekałam na rozwój sytuacji. Pierwsza godzina - nic. Druga godzina - nic. Trzecia godzina- nadal ciemno. Pomyślałam z nutką złośliwości, że następnego dnia nie będę odosobniona w gastrycznych dolegliwościach, gdyż w knajpach i sklepach żywność się porozmraża i inni wydelikaceni turyści padną tak jak ja. Zmuszona okolicznościami wyszłam na miasto w poszukiwaniu łazienki. Niestety, nawet całodobowy McDonalds's był zamknięty udało mi się znaleźć jedynie jakiś otwarty sklep, gdzie zrobiłam zapasy wody, a chwilę po mnie do sklepu pospieszyli zainspirowani inni mieszkańcy hostelu;)

       

       

      Zapasy na szczęście okazały się niepotrzebne, awaria prądu została naprawiona, ale czas ciemności przypominał mi lata 80. w Polsce. Ludzie wylegli na ulice, w hostelu wszyscy siedzieli z latarkami w salonie, obcy ludzie zawierali znajomości, tylko później trudno było rozpoznać, kogo się poznało po ciemku;) Kilka dni później w parku narodowym Bako rozpoznał mnie jeden Niemiec poznany podczas awarii, a ja w żaden sposób nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie go wcześniej widziałam. Bo po ciemku słabo było widać;)

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kocie miasto bez kotów”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      reska
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 lutego 2016 19:28
  • sobota, 20 lutego 2016
    • Malaysia - truly Asia

      Malezja reklamowała się kiedyś sloganem "Malaysia - truly Asia" i myślę, że autor tego rymu znakomicie pokazał to, co najbardziej rzuca się w oczy. Malezja to Azja w pigułce - tak odbieram ten kraj po spędzeniu w nim 3 tygodni. Nie pretenduję do miana znawcy, są to luźne wrażenia.

       

       

      Jest tu chyba wszystko, czego człowiek po Azji wyobrażonej może się spodziewać, a przy tym trudno o coś szczególnego, właściwego dla tego kraju. Nie ma tu charakterystycznej architektury, ludzie ubierają się tak nieciekawie i bez wyrazu, jak to tylko jest możliwe, w sklepach nie ma wielu malezyjskich towarów, a w restauracjach dominują potrawy, które można zjeść we wszystkich państwach regionu. Ba, nawet w Muzeum Sztuki Islamu większość eksponatów jest z innych części kontynentu. Byłam w skansenie, gdzie miałam okazję podziwiać ludowe występy i nawet one zakończyły się pop-paką amerykańską. Najciekawszy przejawem twórczości, który widziałam, były murale w Mersingu. To jest tak, że gdy jestem w Kambodży, Iranie czy Indonezji, to czuję, że jestem w  Kambodży, Iranie czy Indonezji, a gdy jestem w Malezji, to po prostu jestem w Azji.

       


      Pod pewnymi względami Malezja skojarzyła mi się z Polską. Podobnie jak u nas, w Malezji widać, że ludzie mają pieniądze i jeszcze nie nasycili się konsumpcją. Sklepy, centra handlowe i bazary są wszędzie, nawet hotele reklamują się, że nie trzeba wychodzić na zewnątrz, żeby zrobić zakupy. Gorzej natomiast z relacjami międzyludzkimi. Miałam wrażenie, że Malezyjczycy są nieufni i ostrożni. We wszystkich hotelach musiałam płacić z góry, co chyba nigdzie indziej mi się nie zdarzało. Mało tego - bardzo często oprócz tego musiałam płacić depozyt, nawet gdy pokój hotelowy był tak skromny, że jedyną rzeczą, którą mogłam uszkodzić, była spłuczka w toalecie. Nie to, żeby ludzie byli nieżyczliwi. Byli bardzo uprzejmi. Ale zapytani o drogę często uciekali w popłochu, a gdy źle się poczułam i zaległam na ławce na nadbrzeżu miejskim, nikt nawet przechodzący policjanci, nie wykazali cienia zainteresowania, czy coś mi się nie stało. I jakkolwiek było mi wtedy na rękę, że nikt się mną nie interesuje, to jednak było to zaskakujące. Zabawne było też poszukiwanie monety o najmniejszym nominale. Prosiła mnie o to znajoma, której tata kolekcjonuje takie monety. Co kogo pytałam, to ściana. Popłoch i bezradność. Myślałam, że może z powodu języka, więc tłumaczyłam przy pomocy monet o wyższych nominałach. Doczekałam się tylko wyjaśnienia, że 5 centów + 5 centów = 10 centów. W końcu w hotelowym barze trafiłam na starszą Hinduskę, która bez problemu pojęła, o co mi chodzi i poratowała monetą jednocentową. W ogóle trudno było znaleźć ludzi, z którymi można było porozmawiać na inne tematy niż wymiana praktycznych informacji (wyjątkiem były parki narodowe i rezerwaty, tam zawsze spotyka się pasjonatów). No, chyba że rozmawiało się z innymi turystami. Tych rozmów mi w podróży najbardziej brakowało, ale może po prostu miałam pod tym względem pecha, bo w przypadku spotkań dużo zależy od przypadku.

       


      Nieufność Malezyjczyków miała podstawy - dość często robili mnie w balona. Nie kradli ani nie oszukiwali finansowo, ale regularnie w hotelach miałam problem z ciepłą wodą i wifi, mimo że szukając pokoju o te dwie rzeczy pytałam wprost. A początek w ogóle miałam niefortunny. zarezerwowałam w Kuala Lumpur hotel przez booking.com, długo się naszukałam hotelu, a gdy go znalazłam, okazało się, że pokoju dla mnie nie ma, mogą mi natomiast zaoferować inny, sporo droższy. Podziękowałam, znalazłam inny nocleg, a parę godzin później otrzymałam żądanie zapłaty za tamten pokój z informacją, że nie przybyłam do hotelu. Na szczęście ta rezerwacja nie była potwierdzona przy pomocy karty kredytowej. W każdym razie te doświadczenie nauczyły mnie, że na słowo wierzyć tam nie można i wszystko trzeba sprawdzać.

       


      Nie są to jakieś straszne niedogodności, ale trudno mi było zagłębić się w Malezję tak, jak to miało miejsce w innych krajach. Ale nie tylko dlatego podróż ta była inna od dotychczasowych. Tym razem skupiłam się  zdecydowanie na przyrodzie i bardziej interesowały mnie zwierzęta niż ludzie. A przyroda jest tam zachwycająca, zupełnie tak, jakby chciała zrekompensować niedostatek pięknych dzieł rąk ludzkich. Do tego dżungle są tam łatwo dostępne dla przeciętnego śmiertelnika. Można znaleźć miejsca o różnym stopniu trudności, poczynając od banalnych ścieżek, a kończąc na totalnej głuszy, gdzie niebezpiecznie się wypuszczać bez miejscowego przewodnika. Ja robiłam wycieczki pomiędzy skrajnościami, kilkugodzinne bądź całodniowe, po lepiej lub gorzej oznakowanych szlakach. Było zielono, dziko, wilgotno i do tego muzyka dżungli, która rekompensowała amerykański pop, który poza dżunglą i plażami był chyba wszędzie.

       


      Z punktu widzenia turysty miejsc, gdzie przyroda jest niezwykła, było sporo. Ale z punktu widzenia przyrody wygląda to dużo gorzej. Na Borneo gołym okiem widać, jak znikają lasy deszczowe, a w ich miejsce wchodzą plantacje palmy olejowym, które Półwysep Malajski już dawno zdominowały. Lasy wycinane są na ogromną skalę. Jest to bardzo widoczne na rzece Radżang, którą drewno jest transportowane w ogromnych ilościach.

       


      Zaletą Malezji jest to, że podróżowanie po tym kraju jest banalne. Dużo łatwiejsze niż po Polsce. Środków transportu jest sporo i możemy relatywnie tanio przemieszczać się powietrzem, lądem i wodą.  Podróżuje się wygodnie, w autobusach jest dość miejsca nawet dla dorodnych Europejczyków. W niektóre miejsca bilety warto kupować z wyprzedzeniem, zdarzyło mi się raz utknąć z małej mieścicie z powodu braku biletów dokądkolwiek, ale przeważnie przewoźnicy sami walczą o turystę. Można się na tym przejechać. Zdarzyło mi się kupić bilet na wieczorny autobus, gdy kilka osób poinformowało mnie, że to jest jedyny tego dnia. A potem okazało się, że był też autobus dużo wcześniejszy. Ale jak pisałam, z zaufaniem do Malezyjczyków nie należy przesadzać.

       


       

      Lubię podróżować spontanicznie, bez rezerwacji, ale w Malezji ten sposób nie do końca się sprawdza, jeśli chce się dotrzeć do niektórych parków narodowych. Otóż w parkach nie ma zbyt wielu miejsc noclegowych i trzeba zaklepać je sobie z wyprzedzeniem, co szczególnie ma znaczenie w przypadku parków, do których nie da rady wybrać się na jednodniową wycieczkę. Jeśli nawet taka możliwość jest, i tak warto nocować w parku narodowym. Spędziłam kilka dni w parku Bako i to były moje najpiękniejsze chwile w Malezji, ale o tym będzie osobny wpis.

       


      Hotele są normalne, jedynie prysznic umieszczony bezpośrednio nad kafelkami, bez brodzika, wskazuje na to, że to nie jest Europa. Toalety przeważnie są europejskie. Wifi jest powszechne, ale często działa marnie i pozwala jedynie skorzystać z facebooka;) Zabawne było to, że często nie działała gazeta.pl, a z poczty gazetowej nigdzie nie udało mi się skorzystać. Poza tym było tak normalnie, jak tylko normalnie może być w podróży. Żadnych absurdów, karaluchów, biurokracji, podróżowania na dachu czy świństw do jedzenia. Cenowo Malezja odstaje na niekorzyść od swoich sąsiadów, ale dramatu nie ma. Za pokoje hotelowe płaciłam ok. 50 zł, przejazdy autobusowe to wydatek rzędu 30 zł za 300 km, wyżywić się można za grosze, zwłaszcza gdy się jada na ulicy. Drogi jest tylko pociąg z lotniska do Kuala Lumpur - 55 zł, gdy tymczasem autobusem można dojechać za 10 zł. Z cenami jest o tyle łatwo, że przeliczenie ringgita do złotówki jest mniej więcej jak 1 do 1. Bardzo to ułatwia kontrolę nad wydatkami.

       


       

      Jako że Malezja to prawdziwa Azja, to elementem miejskiego pejzażu są tam odkryte rynsztoki przy ulicach. Nie do końca są w użyciu, poza tym jest czysto, jeśli nie liczyć plastikowych butelek i papierów, które można znaleźć nawet w dżungli. Ale rynsztok być musi i trzeba uważać, żeby nóg nie połamać. No i w rynsztokach chętnie bywają szczury, które zgodnie żyją z handlarzami, mającymi sklepy tuż obok. Nikt nikomu nie wadzi;)

       


       

      Największą niespodzianką była dla mnie pogoda. Na Borneo teoretycznie była pora deszczowa. Spodziewałam się tropikalnych ulew, tymczasem doczekałam się jedynie ołowianych chmur i ogromnej wilgotności powietrza. Raz mnie subtelnie pokropiło. Klasyczne ulewy, takie jakby ktoś wodę lał wiadrami, były dwie: jedna w nocy, druga nad ranem, więc tylko obserwowała je przez okno. Monsun dał mi natomiast do wiwatu, gdy leciałam samolotem i płynęłam wodolotem. W obu przypadkach bujało potężnie. Deszcze natomiast padały, gdy byłam na Wzgórzach Camerona, gdzie akurat była pora sucha. Przez kilka dni padało non stop, ale były to opady w stylu europejskim, nieustające i niezbyt gwałtowne, tylko momentami zmieniały się w porządny tropikalny deszcz.

       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Malaysia - truly Asia”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      reska
      Czas publikacji:
      sobota, 20 lutego 2016 19:24
  • wtorek, 06 października 2015
    • Marokańskie "to coś"

      Lubię podróżować powoli, nie spiesząc się. Zaglądać w bramy i do okien, smakować detale, zatrzymywać się nad roślinami, karmić koty, wyłapywać nieoczywistości. 

       

       

      Do Maroka pojechałam osłabiona po operacji, więc tym bardziej nie miałam pokusy, żeby wszystko zobaczyć, śmigając po kraju z północy na południe, wgramolić się na każdą górę i przemierzyć pustynię. Rowerowa wycieczka po Antyatlasie przypomniała mi, że tym razem muszę podróżować po emerycku i nie było to takie złe. Snułam się po miastach i wsiach, łaziłam po wybrzeżu i wsadzałam nos w miejsca, które wydały mi się ciekawe.

       

       

      W każdej podróży poznaję ludzi i zaprzyjaźniam się ze zwierzętami. Snucie się temu sprzyja. Marokiem szczególnie się delektowałam. Kolory, smaki, zapachy. 

       

       

      Błąkając się gdzieś po uliczkach w Marrakeszu zachwyciłam się misterną ornamentyką łuku ponad bramą.

       

       

      Włócząc się po wąskich uliczkach między domami w barwie ochry zaglądałam w bramy i okna.

       

       

      Gdy się zmęczyłam, to dołączałam do odpoczynku Marokańczyków.

       

       

      Nie tylko ludzie odpoczywają w południe.

       

       

      Na bazarach wyłapywałam ciekawe przedmioty. No dobra, czasem ulegałam próżności;)

       

       

       

       

       

      Trochę romantyzmu. W moim ulubionym Jardin Majorelle, gdzie napstrykałam tyle fotek, że ogrodowi poświęcę osobny wpis.

       

       

       

       

      Klimaty hotelowe. To nie luksus, to standard:

       

       

       

      Bramy, za które chętnie bym zajrzała.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Marokańskie "to coś"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      reska
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 października 2015 21:57
  • wtorek, 22 września 2015
    • Obok dyskusji o uchodźcach

      Wiecie, jak wygląda przeprawa przez Saharę? Jak policja państw północnoafrykańskich traktuje imigrantów? Jak wyglądają obozowiska ludzi, z którymi nie wiadomo,co począć, a którzy znaleźli się w obozie gdzieś w Mauretanii? Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak wygląda podróż imigrantów afrykańskich do Europy, przeczytajcie "Na południe od Lampedusy" Stafano Libertiego.

       

      To nie jest książka o uchodźcach, ale o imigrantach. Nie jest to także nowość wydawnicza, bo ukazała się dwa lata temu, a napisana została jeszcze dwa lata wcześniej. Czytałam ją jakiś czas temu  - długo czytałam - aż w końcu przeczytałam. Bo nie jest to rzecz łatwa. "Na południe od Lampedusy" nie bez przyczyny nosi podtytuł "Podróże rozpaczy".

       

       

      Ta świetnie udokumentowana, bardzo rzeczowa książka stanowi reporterski opis drogi, którą przebywają zmierzając do Europy ci uprzywilejowani przez los imigranci, których z domów wygnała bieda, a nie wojna. Nad którymi litujemy się mniej niż nad uchodźcami, którzy mają jeszcze gorzej. Choć czytając tę książkę trudno momentami to "gorzej" sobie wyobrazić.

       

      Autor polityką zajmuje się o tyle, że relacjonuje to, czego dowiedział się o włoskich, hiszpańskich i unijnych decyzjach politycznych, umowach czy zakulisowych ustaleniach i ich konsekwencjach, ale w dziś palącej kwestii: przyjąć imigrantów czy pogonić są przyszli, nie wypowiada się. Unika recept. Dlatego to świetna lektura dla wszystkich, którzy wypowiadają się w temacie wędrówek ludów kończących się na naszym kontynencie, bez względu na opcję polityczną i stronę, którą zajmują w dyskusji. Rzetelna wiedza nie zaszkodzi nikomu.

       

      Autor kilka lat spędził na wędrówkach po szlakach imigrantów, głównie afrykańskich. Rozmawiał z tymi, którymi się udało dostać do wymarzonej, sytej Europy, z tymi, którzy utknęli gdzieś na pustyni, w obozach lub miasteczkach bez perspektyw i z przegranymi, którzy z poczuciem klęski wrócili do domów. Są tu także pracownicy pomocowych agend oraz biznesmeni różnego typu, którzy czerpią dochody z nielegalnych wojaży, ci ostatni o dziwo przeważnie nie przypominają wyrachowanych, siedzących na dolarach zimnych drani, gotowych dla pieniędzy zrobić wszystko.

       

      Nasza pogrążona w kryzysie Europa jest dla imigrantów z Afryki Subsaharyjskiej, choć nie tylko z niej, ziemią obiecaną. Także nasza "Polska w ruinie" byłaby tą ziemią, gdyby tylko mieli szanse tu dotrzeć i ją poznać. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. W książce nic nie jest czarno-białe. Są przyczyny i skutki, a nie oceny i gdybania. Imigranci to nie są przedstawieni ani jako oszalała horda dzikusów atakująca Europę, ani jako niewinne jako lelije ofiary złych Europejczyków. Tu są poszczególni ludzie ze swoimi historiami, emocjami czy buntami.

       

      Książka nie opisuje exodusu z Syrii i innych państw Bliskiego Wschodu. Na ten temat napisano wiele i nie chcę dołączać się na tym blogu do dyskusji na ten temat. Pośrednio dotyczy problemu, z którym musimy się zmierzyć. Przy tym jest to spojrzenie z drugiej strony i pokazanie "podróży rozpaczy" od kuchni. "Na południe od Lampedusy" zabrałam ze sobą do Maroka, które pojawia się w kilku rozdziałach książki i nie potrafiłam się oderwać od myśli o tym, co jest w tym kraju, a czego ja nie widzę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Obok dyskusji o uchodźcach”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      reska
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 września 2015 22:48

Wyszukiwarka

Tagi

Autorzy

Kanał informacyjny