Wschód Daleki, Bliski i najbliższy

Wpis

czwartek, 03 marca 2016

W małpim raju

 

Świszcząca, szeleszcząca i rozśpiewana dżungla, muzyka cykad, deszcz o intensywności potopu uderzający nocą o blaszany dach, nosacze śmigające po drzewach o poranku, srebrzyste langury bawiące się na trawie i makaki kradnące słodycze z kantyny, świnie brodate leniwie ryjące w błocie, komary i inne insekty tnące bezlitośnie osłonięte i nieosłonięte kawałki ciała, krokodyle odwiedzające plaże. Park Narodowy Bako to miejsce, gdzie człowiek czuje, że jest częścią natury.

 

 

 

Do Bako, który jet najstarszym parkiem narodowym na Borneo, można wyskoczyć na parę godzin z Kuczingu, ale można tu też przenocować. Do dyspozycji są drewniane domki o różnym standardzie. Noclegi trzeba rezerwować z wyprzedzeniem, i to najlepiej parotygodniowym. Trzy tygodnie przed przyjazdem chciałam zabukować dla siebie pokój w domku, ale już nie było miejsc i pozostało mi dormitorium.

 

Żeby dostać się do Bako, trzeba w Kuczingu wsiąść do autobusu, który po godzinie dowozi do przystani. Tam załatwia się formalności, czyli opłaca pobyt i wypełnia liczne kwity, po czym wsiada się do łódki, zakłada kapok i płynie.

 

 

Płynęłam z grupką osób, które wyskoczyły na przejażdżkę i z łódki chciały obejrzeć kilka atrakcji. W pewnym momencie łódka zatrzymała się kilkadziesiąt metrów od brzegu i sternik kazał mi wysiadać. Woda mętna, nie widać, jak tu jest głęboko, do tego wysiadać miałam tylko ja. Trochę mnie to zaniepokoiło: tak po prostu ma wskoczyć  w ubraniu i z plecakiem do morza? Ale innej opcji nie było. Na szczęście orze okazało się płytkie.

A dookoła było pięknie. Z jednej strony pomarańczowe klify porośnięte gęstą roślinności, z drugiej kikuty drzew wystające z wody.

 

 

 

A przede mną siedziba parku i uczciwe ostrzeżenie, co człowieka tam może spotkać:

 

 

 

Przed budynkiem czekał jednoosobowy komitet powitalny w postaci sympatycznej świni brodatej.

 

 

Zameldowałam się, wzięłam klucze i udałam na poszukiwania hostelu. Znalazłam:)

 

 

W czteroosobowym dormitorium byłam sama, po sąsiedzku też miałam pojedynczych turystów. Atmosfera jednak była nie jak w hostelu, ale jak na rekolekcjach w zakonie. Kontakty ograniczone były do powitania i niezbędnych pytań;) Każdy chciał być sam na sam z przyrodą, cieszyć się ciszą i indywidualnie chodzić na łowy z aparatem.

Pomyślałam, że tłumaczenie "Wildlife Sanctuary" jako "sanktuarium" nie do końca jest błędne. Wprawdzie Bako nie ma tego statusu, ale miejsca, gdzie natura jest nieskażona, mają w sobie coś ze świątyni. Tutaj ludzie w sposób naturalny milkną i popadają w nastrój kontemplacyjny. Zmienia się percepcja i rzeczy się przewartościowują.

 

 

 

Bako idealnie się nadaje do samotnych (ewentualnie dwuosobowych) kontemplacyjno-fotograficznych wycieczek i nie ja jedna wpadłam na taki pomysł. Są tutaj dobrze oznakowane szlaki turystyczne o różnym stopniu trudności, a przed wyjściem na szlak trzeba się wpisać do książki wyjść z podaniem szlaku oraz godzony wyjścia, a po powrocie trzeba odnotować koniec wycieczki.

 

 

Oddalenie parku od siedzib ludzkich i to, że można tu się dostać tylko łódką, daje poczucie bezpieczeństwa, jeśli chodzi o zagrożenia ze strony człowieka. Nawet rzeczy specjalnie nie trzeba tu pilnować, chyba że przed małpami. Ostatnia łódka odpływa z Bako ok. godz. 16-17, zostają tu wtedy tylko osoby, które tu nocują, a wtedy robi się cicho i spokojnie i uaktywniają się małpy.

 

 

Na dzień dobry każdy turysta dostaje mapkę i garść porad. Na mapach oznaczone są czasy przejścia i liczba kilometrów. W pierwszej chwili wygląda to mało ambitnie, np. 3,5 godziny i 6 km. Przecież sprawnej osobie przejście 6 kilometrów zajmuje niewiele ponad godzinę. Dżungla szybko uczy pokory. Tak wyglądały ścieżki:

 

 

    

 

 

 

A tak ja po krótkim spacerku:

 

 

Nie, nie było deszczu ani nie wyszłam prosto spod prysznica;)

Była pora deszczowa i chociaż deszcz lał tylko nocami, to w dzień wilgotność sięgała blisko 100%. Do tego banalna sprawa: dżungla jest gęsta. Tam się po prostu ciężko oddycha i człowiek się szybciej męczy. Niektóre szlaki były dość mocno pod górkę, po oślizgłych i omszałych podestach, schodkach, korzeniach, kamieniach czy gałęziach.

Teoretycznie w dżungli nie powinno się niczego dotykać, ale w praktyce się nie da, gdyż często idzie się z użyciem wszystkich czterech kończyn. Warto tylko patrzeć, za co człowiek chce się złapać, żeby nie wsadzić ręki w sznur mrówek czy w dorodną gąsienicę.

 

 

Oczywiście w dżungli są też groźniejsze zwierzęta, ale wcale nie tak łatwo mieć z nimi bliski kontakt. W Malezji żyją cztery gatunki groźnych węzy i zapewne w Bako jakieś są, ale węże dobrze wiedzą, co może je spotkać ze strony człowieka i unikają konfrontacji. Gdy słyszą kroki, uciekają w gęstwinę. Są tam też krokodyle i to o dziwo trzeba na nie uważać głownie w morzu. W siedzibie parku wisiały ostrzeżenia przed kąpielami morskimi. Na przykład na plaży na zdjęciu poniżej bywają krokodyle, ale podejrzewam, że sterta śmieci świadczy o obecności tam zgoła innego gatunku.

 

 

W Bako trudno się poczuć prawdziwym traperem czy odkrywcą i jeśli ktoś chce się poczuć dzielnym pogromcą lasu deszczowego, to powinien poszukać obie innego miejsca. Wprawdzie szlaki nie zawsze są łatwe, momentami przypominają rzekę, są też miejsca bardzo śliskie, ale głównym niebezpieczeństwem jest możliwość skręcenia nogi. Z tego powodu poruszałam się ostrożnie, tym bardziej, że w dżungli telefon nie miał zasięgu, a na niektórych szlakach spotykałam zaledwie parę osób. Albo i nikogo.

 

Na trasach co chwila znajdują się informacje o odległości od siedziby parku, dzięki czemu można dobrze zaplanować trasę. No i szlaki oznakowane są perfekcyjnie:

 

 

Snułam się po nich w żółwim tempie, bo nijak nie dałam rady przemieszczać iść dynamicznie. Szczególnie droga pod górkę była męcząca. Sapałam, zatrzymywałam się co chwila, łapałam oddech i wycierałam się, a słupki bezlitośnie pokazywały, że w kwadrans przeszłam 200 metrów. Myślałam, że to przez bronchit, ale chyba tam tak po prostu jest, bo i tak wyprzedzałam innych turystów i szłam o jakieś 20-30% szybciej niż przewidywane czasy na mapkach.

 

 

 

Jedynym napastliwym zwierzęciem, które spotkałam w dżungli - oprócz komarów - był pewien makak pilnujący dam swojego serca i potomstwa. Chciałam przejść przez mostek, na którym akurat ulokowały się dwie małpie samice (makaczki?) z niemowlętami. Pociesznie to wyglądało - jakby chciały przewinąć maluchy, tylko nie miały pieluszek. Przed mostkiem brykała małpia młodzież, która przyglądała mi się ciekawie oraz spacerował dorodny samiec, który co chwila łypał na mnie kontrolnie.

Zatrzymałam się, nie bardzo wiedząc, czy mogę iść dalej, ale w końcu doszłam do wniosku, że makaki są małe i przyzwyczajone do ludzi, więc nie powinny być niebezpieczne. A czekać przed mostkiem mogę długo, nie mając gwarancji, że małpy sobie pójdą. Jak na złość ludzi nie było, po jakimś czasie po przeciwnej stronie mostka pojawiła się dziewczyna, która była zbyt przestraszona, żeby zrobić krok do przodu.

Więc ja się odważyłam.

Weszłam na mostek.

I w jednej chwili zobaczyłam przerażony wyraz twarzy dziewczyny, a ułamek sekundy później poczułam na plecach makaka.

W takiej sytuacji powinno się zachować spokój i iść dalej jak gdyby nic się nie stało, ale nie zachowałam zimnej krwi i odruchowo krzyknęłam, a makak zeskoczył. Właściwie to nawet było przyjemnie mieć małpę na plecach, ale bałam się, że to stworzenie wbije zęby w moje ramię. Odwróciłam się więc uprzejmie przodem do samca, powiedziałam mu, że nie zamierzam skrzywdzić jego rodziny i tyłem poszłam do przodu;) Ten typ mnie w sumie ujął, miło z jego strony, że dba o najbliższych, a człowiekowi ufać zanadto nie można.

 

 

Makaki to małpy, które najmniej się boją człowieka, ale też są one najpospolitsze i wcześniej wielokrotnie miałam z nimi kontakt. Nie dla nic więc przyjechałam do Bako. Teraz chciałam zobaczyć nosacze, które występują tylko na Borneo.

Pierwszego dnia dostrzegłam je w oddali, gdy buszowały w dżungli w koronach drzew. A potem nic, mimo że łaziłam w miejscach, w których one lubią bywać. I gdy już pogodziłam się z tym, że obejdę się smakiem, na drzewie nad sobą zobaczyłam brzuchatego kolesia wcinającego liście.

 

 

 

Samce łatwo z daleka odróżnić od samic, gdyż mają wielgaśne nosy w kształcie ogórków. Inną część ciała też mają charakterystyczną ze względu na czerwono-czarne, intensywne ubarwienie, ale to widać dopiero z bliska. Figury mają dość pocieszne, takie pękate brzuszki na cienkich nogach z chwytnymi stopami, ale wyraz twarzy mają bardzo ludzki.

 

 

Podobno nochal przysparza nosaczom kłopoty. W czasie, gdy stary samiec się bzyka, małpia młodzież chętnie pociąga go za nos. Niestety, wiem to tylko z lektury, nie miałam okazji zaobserwować tego zjawiska.

Nosacze nic sobie nie robiły z obecności paparazzich i pałaszowały liście.

A tak wygląda pani nosaczowa:

 

 

Nosacze miewają haremy, ale ten, którego poznałam, mimo ogromnego nosa prowadzał się tylko z jedną damą.

 

O ile nosacze nie rozpieszczały turystów swoim towarzystwem, to srebrzyste langury często brykały przy kantynie oraz na plaży. Na głównej plaży był ruch, tu dopływały łódki, więc nie trzeba się było obawiać krokodyli, które preferują bardziej dyskretne miejsca.

 

 

Langury mają na głowach charakterystyczne irokezy, z daleka ich sylwetki przypominają mnichów. A z bliska widać bogatą mimikę. Stwory te w ogóle nie boja się człowieka, ale też nie płatają mu figli. Siadałam na plaży, a obok mnie rozlokowywały się małpie rodziny i wzajemnie sobie nie wadziliśmy.

 

 

Langury przemieszczały się gromadami, przeskakując z drzewa na drzewo i robiąc przy tym sporo hałasu. Co jakiś czas na trawniku i ławkach robiły sobie piknik.

 

 

Langury mają fascynujące długaśne ogony, które przeważnie im smętnie zwisają. Próbowałam zauważyć, jak pożytek mają z ogonów, ale nie był uprzejme tego zademonstrować.

 

 

Niestety dopiero po powrocie z Borneo przeczytała "Uśmiech gekona" Doroty Sumińskiej, gdzie autorka dzieli się wiedzą, jak spoufalić się z lemurami.

 

 

Plaża obfitowała też w małe żyjątka. Krabiki wychodzące z jamek tworzyły na piasku fantazyjne wzory:

 

 

 

To była dziwna plaża, bo bez plażowiczów, mimo że tak malownicze plaże przeważnie są oblężone. Jeśli ktoś przybywa do parku narodowego, to raczej nie po to, by rozłożyć się na piasku. A ta plaża była wyjątkowo piękna i na dodatek było na niej słychać nie tylko fale, ale też muzykę dżungli, która wdarła się na klif.

 

 

A to są skały:

 

 

 

 

 

Ostatniego dnia siedziałam na plaży wśród langurów, słonce zachodziło i zrobiło się cudownie kiczowato.

 

 

 

Żal było wracać do cywilizacji.

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
reska
Czas publikacji:
czwartek, 03 marca 2016 15:20

Polecane wpisy

  • Małpy okiem dyletanta

    Bardzo lubię małpy. Może dlatego, ze mają one trochę z człowieka, a trochę z kota, a koty uwielbiam. Moje przedmalezyjskie doświadczenia z małpami nie były najp

  • Kawałek Chin na Borneo

    Kolejne podróże do Azji przyzwyczajają człowieka do brudu i uodparniają na specyficzną mieszankę zapachową. Odkryty rynsztok przy ulicy? Trzeba uważać, żeby nie

  • Leśni ludzie

    Na świecie żyje jeszcze tylko około 20 000 orangutanów. Zanim poleciałam na Borneo, oglądałam zdjęcia stamtąd. I widziałam fotki ludzi ze ślicznymi małymi wielk

Trackback

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny