Wschód Daleki, Bliski i najbliższy

Wpis

niedziela, 13 marca 2016

Kawałek Chin na Borneo

Kolejne podróże do Azji przyzwyczajają człowieka do brudu i uodparniają na specyficzną mieszankę zapachową. Odkryty rynsztok przy ulicy? Trzeba uważać, żeby nie wpaść. Szczury pod nogami? Trzeba pilnować, żeby nie nadepnąć. Śmieci na ulicy? Można ominąć. Czasami jednak się ulewa. Mi dopiekło borneańskie Sibu, które pewnie wcale nie jest jakoś specjalnie brzydkie i brudne na tle innych azjatyckich miast, ale całokształt wrażeń sprawił, że po kilku godzinach spędzonych tam zmieniłam plany i zamiast płynąć w głąb Borneo, kupiłam bilet na samolot i uciekłam na Tioman.

 

 

Najpierw był wodolot z Kuczingu do Sibu. Cieszyłam się na niego, bo lubię przemieszczać się wodą. Na przystań wpadłam w ostatniej chwili i bardzo się ucieszyłam, że wodolot płynie, co wcale nie było takie oczywiste. Z powodu monsunu w porze deszczowej rejsy bywają odwoływane. Za moment przekonałam się dlaczego.

Ludzi pod pokładem nie było zbyt wielu. Z obcokrajowców oprócz mnie tylko Brytyjczyk w typie kolonialnym. Rozłożyłam się wygodnie, wyjęłam lekturę z plecaka myśląc naiwnie, że sobie poczytam w przerwie od oglądania widoków.

Wyruszyliśmy.

Po kilku minutach wiedziałam już, że z czytania nici. Z podziwiania widoków również. Brzegu nie było widać. W jednym oknie żółta woda, w drugi oknie ołowiane niebo. Za moment odwrotnie. A przede mną krwawy horror w telewizorze.

Rzucało potwornie. Zamknęłam oczy i wsadziłam głowę w plecak. Wdech - wdech. Wdech - wydech. Kątem oka dostrzegłam, że nie jestem odosobniona w takim przeżywaniu podróży. Kilka siedzeń przede mną zielonkawy na obliczu Brytyjczyk w podobny sposób radził sobie z huśtawką fal.

 

 

Poprawiło się, gdy w płynęliśmy na rzekę Redżang, ale i tak podróż trwała 6 godzin zamiast 4. Na brzeg wyszłam żółtozielona i ostatnią rzeczą, na którą miałam ochotę, było płynięcie dalej, ostatnią łodzią tego dnia, do Kapit.

W porcie w Sibu dużo się działo. Podobnie jak na rzece. Lasy równikowe przetworzone na drewno spływały w stronę Morza Południowochińskiego, robiąc miejsce palmom olejowym. Dużo tego płynęło.

 

 

Miasta portowe są do siebie podobne. Brudne nadbrzeża, bałagan i prostytucja. Okolice portu w Sibu niczym szczególnym się tu nie wyróżniały. Podeszłam kawałek w stronę centrum i znalazłam niedrogi hotel, jak się w nocy okazało - o dwojakim przeznaczeniu. Sądząc po odgłosach w nocy, przybytek ten cieszył się większą popularnością jako burdel niż jako hotel.

 

 

Miasto jest zdominowane przez Chińczyków i charakter ma zdecydowanie chiński, o ile może to stwierdzić człowiek, który nigdy nie był w Chinach. W każdym razie ja tak właśnie sobie Chiny wyobrażam: z czerwonymi lampionami, chińskim popem i pluciem na ulicę.

Większość mieszkańców Sibu to potomkowie migrantów chińskich, którzy przybyli na Borneo 100 lat temu. Przyjechali handlować drewnem i tu osiedli.

 

 

Centrum jest malownicze. Kolonialne budynki, trawniki, po których śmigają koty, sympatyczne knajpki. Kawałek dalej nowoczesne apartamentowce i zadbane świątynie różnych wyznań oraz wielopiętrowe centrum handlowe. 

Między kościołem a apartamentowcem moją uwagę przyciągnęły dzikie krzyki. To ojciec ciągnął kilkulatka, tłukąc go co chwila, a dziecko darło się jak obdzierane ze skóry i broniło całym sobą przed pójściem do domu. Pomyślałam sobie, że w domu pewnie dopiero go czeka... Nie zrobiłam nic i do tej pory zastanawiam się, czy to dobrze i jak mogłam zareagować w obcym kraju, obcej kulturze i obcym języku, bo angielskim mało kto się w tym mieście posługiwał.

 

 

Miedzy eleganckim centrum a pomarańczowo-żółto-burą pełną śmieci rzeką rozciągała się dzielnica portowo-handlowa. I tu był taki syf, że miałam  silny odruch ucieczki. Dziury w murach, domach i ulicach było mnóstwo, a w każdej walały się śmieci. Ze stoisk spożywczych dolatywał zapach padliny i kiszonki, a z każdego kąta aromat ogólnego rozkładu. Coś się we mnie w środku zbuntowało i nie miałam ochoty wyciągnąć aparat, żeby uwieczniać to, co chciałam zapomnieć

 

 

Ulicami pędziły samochody, a pomiędzy nimi, biegnąc od śmietnika do śmietnika przemykały chude kociska. Młoda bura kotka łaziła pod samochodami i pomyślałam, że pewnie długo nie pożyje. Godzinę później zobaczyłam ją, jak martwa leży przy jednym z samochodów.

 

 

Co jakiś czas do Sibu wkracza wielka woda - rzeka Redżang wylewa. W pobliżu portu zaznaczone jest miejsce, gdzie doszła woda w największej powodzi. Trudno mi wyobrazić sobie,jaką katastrofa jest dla ludzi opuszczenia koryt przez paskudną, zaśmieconą, gęstą ciecz o nieokreślonym kolorze, zależnym od padającego światła.

 

 

Jest jedno miejsce, z którego i rzeka, i miasto wygląda malowniczo. To chińska świątynia na brzegu. To bardzo sympatyczne miejsce przy tym, jak to świątynie buddyjskie. Tu przybysz nie jest intruzem, ale gościem.

 

 

 

Chciałam wejść na górę, żeby odpocząć i popatrzeć na miasto. Pech chciał, że trafiłam na remont i kartkę z informacją, że turyści proszeni są przyjście innym razem. Tymczasem jakiś pan na widok mojej zawiedzionej miny zaprosił mnie do środka. Posiedzieć pomiędzy robotnikami i wiadrami z farbą raczej się nie dało, ale mogłam przynajmniej z góry zobaczyć miasto i rzekę. Z dystansu wszystko wygląda ładniej. nie widać śmieci, nie czuć kiszonki. Z jednej strony szerokie wody Redżangu, po których suną statki, z drugiej nowoczesne miasto.

 

 

Gdy tak siedziałam na górze świątyni i patrzyłam na statki, trochę zrobiło mi się żal, że uciekam z Borneo. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, ze lot samolotem w czasie monsunu bywa równie przyjemny, jak pływanie wodolotem;) Ale kolejnych paru dni na wodzie jakoś sobie nie wyobrażałam, choć o tej porze roku przynajmniej wody jest pod dostatkiem, żeby płynąć do centrum wyspy. Tyle, że w Sibu pozbyłam się złudzeń co do tego, że w ciągu kilku dni zobaczę dzikie Borneo. Na to potrzeba więcej czasu i więcej pieniędzy. Dopłynięcie do Kapit, czy dalej, do Belugi, umożliwiłoby mi najwyżej turystyczne obskoczenie paru długich domów. Wybrałam byczenie się na Tioman.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
reska
Czas publikacji:
niedziela, 13 marca 2016 22:53

Polecane wpisy

  • W małpim raju

    Świszcząca, szeleszcząca i rozśpiewana dżungla, muzyka cykad, deszcz o intensywności potopu uderzający nocą o blaszany dach, nosacze śmigające po drzewach o por

  • Leśni ludzie

    Na świecie żyje jeszcze tylko około 20 000 orangutanów. Zanim poleciałam na Borneo, oglądałam zdjęcia stamtąd. I widziałam fotki ludzi ze ślicznymi małymi wielk

  • Kocie miasto bez kotów

    Borneo w mojej wyobraźni było dzikie, porośnięte dżunglą i do tego kojarzyło mi się z łowcami głów, o których słyszałam w dzieciństwie. Wiedziałam, że na ludzi

Trackback

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny