Wschód Daleki, Bliski i najbliższy

Wpis

czwartek, 25 lutego 2016

Leśni ludzie

 

Na świecie żyje jeszcze tylko około 20 000 orangutanów. Zanim poleciałam na Borneo, oglądałam zdjęcia stamtąd. I widziałam fotki ludzi ze ślicznymi małymi wielkookimi i brzuchatymi orangutankami. Takie rozczulające widoczki. W rzeczywistości tak ładnie to nie wygląda. Są miejsca, gdzie turysta może spoufalić się z orangutanem, ale pytanie brzmi: po co? Pewnie, że to jest wzruszające, ale miejsce małp jest w dżungli. I chciałam zobaczyć te zwierzęta tam, gdzie i jest najlepiej, rezygnując z bliskiego kontaktu ze zwierzętami.

 

 

Semenggoh to rezerwat dla zwierząt, gdzie żyją zwierzęta, które zostały osierocone, wydarte handlarzom czy zostały znalezione ranne w lesie. Ciągle kwitnie proceder zabijania orangutanich matek po to, żeby wziąć w niewolę maluchy. A małpiątka są z mamami związane jeszcze bardziej niż ludzkie dzieci i zabicie matki powoduje u nich traumę do końca życia.

 

W pierwszej kolejności zwierzęta po przejściach umieszczane są w centrum Matang kilkadziesiąt kilometrów od Semenggoh, gdzie przechodzą badania lekarskie i umieszczane są w klatkach. Następnie są uczone, jak przetrwać w naturalnym środowisku. Codziennie strażnicy zabierają je do odpowiednich miejsc w lesie, w którym uczą się wspinać się na drzewa, huśtać się na gałęziach i żywić na własną rękę. Po 2-4 latach leśni ludzie są w stanie radzić sobie sami i trafiają do Semenggoh, gdzie swobodnie biegają po dżungli i 2 razy dziennie, o 9 i o 15, mogą skorzystać  z oferowanego przez pracowników rezerwatu pożywienia.

 

 

Pojechałam na poranne karmienie. Semenggoh jest oddalone od Kuczingu zaledwie o 24 km, ale korki są takie, że jedzie się około godziny. Albo i dłużej. Na miejscu kupuje się bilet i wyrusza asfaltową drogą do przodu. Nie wygląda to zachęcająco.

 

Pogodę miałam taką sobie, ołowiane chmury wisiały nad dżunglą, a turyści grupkami zmierzali do miejsca, skąd wyruszają wycieczki na karmienie małp. Na miejscu wisiała kartka z wykresem, ile razy i gdzie widziano orangutany. I tu nastąpiło pierwsze rozczarowanie: w ciągu ostatniego  miesiąca przyszły na posiłek tylko 5 razy.

 

Rangersi poczuli turystów o zasadach zachowania w lesie i zaprowadzili nas ścieżką do platform, gdzie nasi rudzi krewniacy jadają śniadania i obiady. Wołali do orangutanów, ale bez odzewu. Godzinę czekaliśmy na małpy, ale doczekaliśmy się jedynie komarów. Po godzinie koniec wycieczki, ścieżka została zagrodzona, a turyści mogą w ramach rekompensaty popatrzeć sobie na krokodyle.

 

 

Cóż było robić? Trzeba było uszanować wolę orangutanów, które zorganizowały sobie śniadanie we własnym zakresie. Na tym polega urok takich miejsc, że zwierzęta są wolne i mogą, ale nie muszą pokazać się człowiekowi. 

Pogodziłam się z myślą, że tym razem nie zobaczę orangutanów, ale kilka dni później niespodziewanie miałam wolnych  kilka godzin przed wyjazdem z tych stron i akurat wypadły one na popołudniową porę karmienia, więc powtórnie wybrałam się do Semenggoh.

Ledwo przekroczyłam bramę, a pracownicy rezerwatu powiedzieli, że trzeba się pospieszyć, bo orangutany właśnie przyszły, niezależnie od pory karmienia, do której zostało jeszcze sporo czasu. Wszyscy turyści galopem ruszyli przed siebie. Okazało się, że małpy pojawiły się w innym miejscu, niż zwykle się je ogląda, za drewnianym domkiem należącym do służb parku. Siąpił deszcz, pogoda była zupełnie nie fotogeniczna, pod daszkiem z tyłu budynku kłębił się tłumek ze smartfonami i aparatami wycelowanymi w dżunglę, a pod drzewami stali rangersi i kusili orangutany smakołykami.

 

 

Wreszcie wśród gałęzi pojawił się pierwszy rudy gość i zwinnie przeskakując z drzewa na drzewo, nic sobie nie robiąc z widowni, przedostał się w stronę jedzenia.

 

 

Smakołyki kusiły:

 

 

Chwilę później pojawił się drugi orangutan i wyciągnął brązową łapę po owoce. Pierwszy za to chwycił butelkę i pomknął z nią w korony drzew.

 

 

Drzewa w dżungli są gigantyczne i sprawność orangutanów robi wrażenie.

 

 

Tymczasem okazało się, że w tradycyjnym miejscu karmienia kilkaset metrów dalej też pojawili się leśni ludzie. Jeden śmigał górą. Rangersi radzili uważać na niego, bo ponoć ma zwyczaj podlewać czasem z góry widownię. Tym razem zlitował się nad wścibskimi ludźmi.

 

Nie wiadomo, jak długo żyją orangutany na wolności, ale prawdopodobnie krócej niż w niewoli, gdzie niektórym osobnikom udaje się dożyć 50 lat. W Semenggoh najstarszym orangutanem jest Ritchie, urodzony w 1981 r. To dominujący samiec, "Big Boss" wszystkich rudzielców z okolicy, choć ostatnio jego pozycja jest zagrożona przez jednego z konkurentów, który ośmielił się spuścić manto seniorowi.

Kiedy dotarłam na miejsce, moim oczom ukazała się góra skołtunionego futra, w którą wycelowane było jakieś 20 obiektywów ludzi, oddzielonych od futrzaka taśmą. Ritchie kompletnie się tym nie przejmował i siedział tyłem do nas.

 

 

W końcu Ritchie łaskawie się odwrócił, pokazując uśmiechnięte oblicze.

 

 

A po chwili dostojnie odmaszerował w głąb dżungli.

 

 

Na miejscu zostało jeszcze jego dwóch kumpli, którzy brykali na wysokościach.

Tyle było udanej wycieczki, która miała miejsce tylko dlatego, że los orangutanów jest nieciekawy. Te sympatyczne spokojne zwierzęta, dochodzące rozmiarami do półtora metra, żyły sobie spokojnie w borneańskich i sumatrzańskich dżunglach, żywiąc się owocami i spacerując po lasach. Niestety lasy tropikalne za sprawą człowieka kurczą się w galopującym tempie, a sytuację pogorszyły jeszcze gigantyczne pożary kilka miesięcy temu. I orangutany mają coraz mniej miejsca do życia, a do tego, jak pisałam, kłusownicy wyłapują młode osobniki, mordując ich matki.

Dzikie orangutany przeważnie żyją samotnie, choć młodzież czasem zbiera się w parach, a samice tworzą niewielkie grupki. Samotna egzystencja spowodowana jest tym, że łatwiej pojedynczemu osobnikowi znaleźć pożywienie, a jego rozmiary sprawiają, że nie jest zagrożony przez inne zwierzęta. Dokarmianie orangutanów w rezerwacie zmodyfikowało nieco ich naturalne zwyczaje i chętniej żyją w grupie, gdyż nie mają problemów ze zdobyciem jedzenia, dlatego można spotkać tu grupki tych łagodnych stworzeń, a nie tylko pojedyncze osobniki.

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
reska
Czas publikacji:
czwartek, 25 lutego 2016 16:05

Polecane wpisy

  • Małpy okiem dyletanta

    Bardzo lubię małpy. Może dlatego, ze mają one trochę z człowieka, a trochę z kota, a koty uwielbiam. Moje przedmalezyjskie doświadczenia z małpami nie były najp

  • Kawałek Chin na Borneo

    Kolejne podróże do Azji przyzwyczajają człowieka do brudu i uodparniają na specyficzną mieszankę zapachową. Odkryty rynsztok przy ulicy? Trzeba uważać, żeby nie

  • W małpim raju

    Świszcząca, szeleszcząca i rozśpiewana dżungla, muzyka cykad, deszcz o intensywności potopu uderzający nocą o blaszany dach, nosacze śmigające po drzewach o por

Trackback

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny