Wschód Daleki, Bliski i najbliższy

Wpis

wtorek, 30 czerwca 2015

Marokańskie impresje

Lot czarterowy. Wysiadłam na lotnisku w Agadirze i od razu przy wypełnianiu kwitów granicznych usłyszałam od zażywanego pana ze złotym łańcuchem i takimże zegarkiem, że te "jebane Arabusy wymyśliły jakąś pieprzoną biurokrację".

Biurokracja nie była taka straszna, trzeba było wypełnić jeden kwitek, ale bardzo ucieszyłam się, że większość moich rodaków szybko wsiądzie do klimatyzowanych autokarów i da się zawieźć do betonowych agadirskich hoteli, a ja sobie pojadę przed siebie.

 

 

Zastanawiałam się, czy na blogu poświęconym Wschodowi pisać o Maroku, które nie dość, ze leży na zach od od Polskie, to jeszcze zaliczane jest ono do krajów Maghrebu, oznaczającego zachód.  Ale z drugiej strony niektórzy rozciągają aż do Maroka pojęcie Bliskiego Wschodu i coś na rzeczy jest, bo państwo to moim zdaniem ma całkiem dużo wspólnego z Jordanią czy Egiptem. Więc mimo pewnych wątpliwości oraz tego, że sama trzymam się wąskiej definicji Bliskiego Wschodu, o Maroku tutaj napiszę.

 

 

Nie zamierzam się wymądrzać, bo nie tylko w Maroku, ale w ogóle na kontynencie afrykańskim byłam pierwszy raz. Do tego spędziłam tam jedynie tydzień, w czasie którego z założenia się nie przemęczałam, gdyż wyjazd tam miał na celu rekonwalescencję po niedawnej poważnej operacji. Do tego bilet kupiłam spontanicznie z trzydniowym wyprzedzeniem, więc nie przygotowałam się uczciwie do podróży. 

 

I jak to bywa w takich przypadkach, miałam świeże, nieskażone nadmierną wiedzą spojrzenie, do tego patrzyłam na Maroko przez pryzmat moich wcześniejszych wojaży i mimowolnie wyszukiwałam różnice i podobieństwa z miejscami, które wcześniej odwiedzałam.

 

 

Zaczęłam od wybrzeża Atlantyku i od razu poczułam coś portugalskiego. Coś jakby saudade. Trafiłam w miejsca, gdzie nie było turystów, miejscowi wbrew stereotypowi Marokańczyków nie próbowali mnie naciągać i sporo osób snuło się po plaży i nadbrzeżu ze smętnym wzrokiem utkwionym w oceanie. Było w tym coś tęsknego.

 

Z drugiej strony dało się zauważyć powiem z głębi Afryki. W Maroku dużo przybyszów jest z południa i południowego wschodu. Jak sądzę, dla wielu z nich Maroko jest punktem przystankowym dla dalszej podróży do UE. Wiele osób jednak znalazło pracę w Maroku i założyło rodzony z Marokańczykami. Rozmawiałam z ludźmi i słuchałam opowieści o Mali, Saharze Zachodniej i Tuaregach. Ale imigrantów z dalszych krajów rónież widziałam wielu.

 

 

Marrakesz dla odmiany pachniał Bliskim Wschodem. Intensywność kolorów, smaków i zapachów, gigantyczny targ i targowanie, co przywodziło mi na myśl podobne miejsca w Jerozolimie, Teheranie, Sydonie czy Stambule. I w podobny sposób turysta funkcjonuje w tym mieście, czyli na każdym kroku musi pilnować, żeby nie wpaść w szpony oszustów i naciągaczy, którzy stosują podobne triki jak to ma miejsce na Wschodzie.

 

 

Zaskoczyła mnie swoboda obyczajowa. Bez problemu opalałam się w kostiumie kąpielowym na publicznej plaży i nie byłam tam jedyną tak nieprzyzwoitą kobietą. Marokanki noszą chusty, owszem, ale dużo łatwiej nawiązać z nimi kontakt niż z muzułmankami w innych krajach. Są otwarte, pewne siebie, nie spuszczają wzroku i nie sprawiają zahukanych. Rzecz jasna nie dotyczy to wszystkich kobiet i wszystkiego nie widziałam, ale na pierwszy rzut oka jest to bardzo wyraźna różnica między Marokiem a innymi państwami arabskimi.

 

 

Zaskoczyło mnie też to, jak swobodnie i łatwo podróżowało mi się jako samotnej kobiecie, choć wszystkie przewodniki to odradzały. No dobra, mam pewną wprawę po poruszaniu się  po miejscach odradzanych samotnym turystkom i nie jestem młodą długonogą blondynka, ale jednak w innych krajach, takich jak Armenia, Liban czy Iran trafiały mi się niemiłe, choć finalnie niegroźne incydenty. W Maroku natomiast trafiło mi się kilku młodocianych wielbicieli, którym zapewne bardziej zależało na wizie EU niż na moich wdziękach, jednak wielbiciele owi nie przekroczyli granicy bezczelności. Może dlatego, że mówili oni po francusku, a ja w tym języku jedynie marnie dukam. W każdym razie pod względem damsko-męskim wyjazd by całkowicie bezproblemowy.

 

 

Właśnie język był dla mnie większą niedogodnością. Jestem w stanie porozumieć się po francusku w podstawowych sprawach, ale w podróży lubię długie i poważne rozmowy z miejscowymi na ważne tematy. Spotkałam jednego człowieka ze świetnym angielskim, dzięki czemu dowiedziałam się czegoś o Berberach i Tuaregach, ale poza tym komunikacja na głębszym poziomie szwankowała. Faktem jest, że szybko przypominałam sobie to, co opanowałam w czasie rocznego kursu francuskiego 10 lat temu, ale było to zdecydowanie za mało.

Inna rzecz, że łatwiej odświeżyć francuski w Maroku niż we Francji. Gdy tylko we Francji z wysiłkiem produkuję sie w ojczysty języku Francuzów, to oni natychmiast przypominają sobie, że znają angielski i przechodzimy na ten język. Marokańczycy przeważnie angielskiego nie znają (nie licząc zwrotów potrzebnych do wydojenia turystów), więc chcąc nie chcąc trzeba wysilać się na francuski.

 

 

Maroko jest krajem niebywale turystycznym, bo ma do zaoferowania wyjątkowo duże nagromadzenie różnorakich atrakcji na kilometr kwadratowy. Dla każdego coś dobrego. Trudno znaleźć miejsca mało turystyczne, choć mi się to udało, bo z założenia unikałam hitów, z wyjątkiem Marrakeszu. Działa oczywiście stara reguła, czyli im miejsce mniej turystyczne, tym łatwiej o kontakt z ludźmi, bezinteresowne gesty, życzliwość, pomoc i zwyczajny uśmiech. Naczytałam się przed wyjazdem o tym, jak bardzo Marokańczycy są interesowni i jak skubią przyjezdnych, a już pierwszego dnia spotkała mnie niespodzianka i było zupełnie, ale to zupełnie inaczej, ale o tym napiszę więcej innym razem.

 

 

Targowanie to stały element życia. Nie lubię tego, ale radzę sobie z tym całkiem nieźle. Niestety, trafiła mi się chwila niedyspozycji, gdyż na skutek głupoty własnej nabawiłam się udaru słonecznego. Lokalesi wykorzystali bez skrupułów to, że ledwo stojąc na nogach z gorączką nie mam siły na długie negocjacje. Ale nawet wtedy trafił mi się jeden taksówkarz, który od razu zaoferował uczciwą taryfą. Więc jak zwykle, wszystko zależy konkretnego człowieka, a nie narodowości.

 

 

 

Większość mieszkańców Maroka stanowią Arabowie, ale ok. 30 proc. bodajże stanowią Berberowie. Mam wrażenie, że Arabowie przez turystów z Europy nie są zbyt lubiani. Berberowie to wykorzystują. Co chwila ktoś za mną wołał "Zrób u mnie zakupy! Nie jestem Arabem, tylko Berberem.".

 

 

Podróżowanie po Maroku jest tanie i proste jak budowa cepa. Sporo osób wypożycza samochody i gdybym miała prawko, to niewykluczone, że też  bym to zrobiła, mimo nieco perwersyjnego zamiłowania do podróżowania "po lokalnemu". Transport generalnie jest dobry i gdzie chciałam, tam dojechałam, o dziwo ani razu nie korzystając z autostopu. Hotele są na każdym kroku w liczbie ogromnej, w każdym razie w czerwcu w miejscach, w których byłam, podaż zdecydowanie przewyższała popyt.

 

 

To tyle o pierwszych, powierzchownych wrażeniach. O Maroku będzie więcej:)

 

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
reska
Czas publikacji:
wtorek, 30 czerwca 2015 23:39

Polecane wpisy

  • Marokańskie "to coś"

    Lubię podróżować powoli, nie spiesząc się. Zaglądać w bramy i do okien, smakować detale, zatrzymywać się nad roślinami, karmić koty, wyłapywać nieoczywistości.

  • Marrakesz daje się lubić

    - No, thanks. No, thanks. I am not interested. No, no, no - w marrakeszeńskiej medynie nagadałam się bardziej niż gdziekolwiek indziej w Maroku. Sprzedawcy wsze

  • Marokańscy potomkowie Muezzy

    Teoretycznie muzułmanie lubią koty, gdyż Mahomet miał pupilkę tego gatunku, Muezzę, którą do tego stopnia lubił, że gdy mu zasnęła na rękawie, odciął rękaw i ry

Trackback

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny